24 marca 2026

24.03.2026. - Pierwszy etap Shvil Israel po raz czwarty (Tsefahot - Rehavam - Yoash).

Pierwszy odcinek Shvil Israel od jego początku w Eilacie do przecięcia drogi nr 12 jest moim ulubionym etapem na jeden dzień.

Znajdują się na nim trzy piękne góry - tytułowe: Har Tsefahot tuż nad Zatoką Akaba z piękną panoramą Eilatu i samej zatoki, Har Rehavam, nazwana przeze mnie Złotą Górą - piękny piaskowcowo-wapienny kopiec, otoczony ciemnymi granitami i na koniec dziennego etapu - Har Yoash, zwany przeze mnie Górą Joasi ;-) z której szczytu rozciągają się piękne szerokie widoki na górskie masywy Eilatu, góry Edom w Jordanii które ciągną się aż do Arabii Saudyjskiej majaczącej zwykle na zasięgu widzialności, a na zachodzie rozciągają się górzyste połacie Półwyspu Synaj, a zatem Egiptu. Samo zaś podejście od poziomu morza na "Joasię" mierzącą 701 metrów "wzrostu", daje sumarycznie nieco ponad tysiąc metrów na dystansie 13,5 kilometra. Z dojściami i powrotami pieszymi ze szlaku, nawinąłem na buty łącznie ponad 18 kilometrów.


Najpierw dojechałem autobusem na plażę Migdalor, gdzie niegdyś pomieszkiwałem pod namiotem czy też w zuli i spotkałem się tam z Jurkiem. Po krótkiej rozmowie wyruszyłem czarnym szlakiem, który bardziej lubię za jego trudności techniczne od właściwego początku znajdującego się przy sklepie, nieco dalej w stronę miasta.

Plaża Migdalor (Migdal Or = Wieża Światła - latarnia morska)

To nie zdjęcie w odbiciu lustrzanym, a tropik założony na lewą stronę :-)

Spotkanie z Jurkiem pod Podwójną Akacją przy Migdalor.

Tu kiedyś stała zula w której mieszkałem. (Zula - ni-to-dom-ni-to-szałas)

Tu stała zula - sauna

Sodoma Jabłkowa - silnie toksyczna!


Czarny łącznik ma kilka odcinków, gdzie trzeba zaangażować ręce i zapomnieć o strachu przed ekspozycją. Ale po przebyciu niemal półtora kilometra, czarny łączy się z trójkolorowym Szlakiem Izraelskim i do drogi nr 12 prowadzi już bez zmiany koloru.

Napieram gdzieś tam do góry...

Przejście przez głaz z niezłą ekspozycją. Stąd tego nie widać.

Ostatnia trudność na czarnym szlaku. Po prawej pod skałą - legowisko.

Zbliżenie na (nie moje) legowisko.

Dojście do Szlaku Izraelskiego.


Kolejne kilkaset metrów podejścia wyciska pierwsze poty, by osiągnąć przełęcz pod Har Tsefahot. Na szczyt nie wchodzę bo jest poza szlakiem, a i byłem tam nieraz.

Widoki już po pierwszych metrach wspinania się Szlakiem Izraelskim.

Stąd przyszedłem

Widoczny już szczyt Har Tsefahot

Na końcu zatoki - Eilat pod chmurką :-)

Zamknięty szlak, którym kiedyś szedłem do granicy z Egiptem.

Panorama spod szczytu.

Na szczyt Har Tsefahot nie wchodzę. Jest poza moim szlakiem.


Z przełęczy seria zdjęć i schodzę długim zejściem. Na dole mamy łącznik, jeśli ktoś zaliczający szczyt Tsefahot chce dojść do Izraelskiego nie wracając do przełęczy. Nieco dalej w otwartej dolinie dopadł mnie Alert Ekstremalny - "wyjec" na telefon, wypadało kontynuować wędrówkę, oddalając się od potencjalnego centrum zagrożenia. Takoż po chwili zabrzmiały syreny alarmowe, a po kolejnej chwili doszły mnie odgłosy wybuchów - najprawdopodobniej dalekich zestrzeleń. Kolejne minuty i przyszło powiadomienie o odwołaniu alarmu. Ja w tym czasie przebyłem nieco ponad kilometr.

Odtąd do końca szlaku spotkam bodaj sześć osób...

Było podejście - jest zejście...

Po lewej łącznik ze szczytem, ja przyszedłem od prawej.

Tam właśnie idę.


Piaskowcowy masyw okrążę od lewej.

Tu wyły odległe syreny po tym, jak chwilę wcześniej dostałem alert napadu powietrznego.

Odwołanie alertu przyszło gdy mijały mnie trzy dziewczyny :-)


Piękne klify nad Wadi Gishron z przepaścistymi perciami, doprowadziły mnie do drogi patrolowej, za którą pojedyncze minuty marszu postawiły przed oblicze Złotej Góry - Har Rehavam. Bywałem tu wiele razy i za każdym następnym pojawiam się z wielką przyjemnością. Po krótkiej kontemplacji tego niesamowitego zjawiska geologicznego, ze znacznie mniejszą ochotą rozpocząłem zejście z klifu do doliny. Odcinek ten zaliczam do najtrudniejszych, a to ze względu na strome ścieżki wysypane luźnym rzęchem i brakiem klamer bądź poręczy. A strome zbocza tylko czekają na moment nieuwagi... Powoli i z napięciem przemierzyłem stromy odcinek i z ulgą stanąłem na dnie rzeki. Tak, rzeki, bo Wadi Gishron po gwałtownych opadach deszczu zamienia się w rwącą górską rzekę...


Przy bulbusach


Podziwiam zawsze ten masyw po lewej. Na żywo wygląda naprawdę okazale.

Wchodzę na Gishron Cliffs.

Pośrodku - serduszko, które Kabibi mi kiedyś wskazała :-)

Między Izraelem a Egiptem... Widać też płot graniczny.

Górą biegnie patrolowa droga graniczna. Byłem.

Wąska perć, nie każdy ją lubi... Dolina już spoko :-)

Spojrzenie wstecz. I kilka następnych.



Jaskinia...?



Drzewo w zakolu rzeki...

Droga patrolowa, jedna z wielu przy granicy z Egiptem.



Rozłupany bulbus, który pamiętam sprzed wielu lat.

Har Rehavam - moja Złota Góra. Magiczny widok na szlaku :-)

Jak nie jestem zwolennikiem selfie, tak tutaj - strzelam obowiązkowo :-)


Spoglądając za siebie - granica i Synaj.


Z klifu będę schodzić w lewo do Wadi.

Kilka kroków dalej, to i jeszcze jedna fota :-)

Widać już zejście w lewo.

Tego zejścia bardzo nie lubię. 

Spojrzenie wstecz. Wolałbym już się wspinać niż schodzić...


Zszedłem. Nic przyjemnego. Bez dobrych butów nawet bym nie ryzykował.
W dolinie poszukałem miejsca osłoniętego od słońca. W cieniu wciągnąłem żel energetyczny, popiłem go wodą z magnezem i zagryzłem jabłkiem. Ruszyłem przemierzać wielowymiarowe koryto rzeki. Raz wąskie, potem szerokie i znowu zwężające się w wodospad.

Dotarłem bezpiecznie do Wadi Gishron. Ufff...

Schodziłem tam z góry. Zero zabezpieczeń, a stromizna momentami napina uwagę...

Trasa korytem rzeki na kilka kolejnych kilometrów.



Trochę energii z pewnością się przyda. Druga pełna butelka w plecaku.

Polski akcent na lokalnym tle. 

Piach, skały i rachityczne drzewa.



Żeby tylko nie lało...

Ten kamień postawiłem ja.

Do góry, do góry...

Wyszedłem na chwilę z wadi, by zaczerpnąć powietrza ;-)




Kilka rozlewisk przed i za drogą patrolową, odbicia szlaków i na koniec kilka wysokich wodospadów z klamrami i drabinami, by wreszcie stromą i długą rynną wspiąć się resztkami sił na zapierający dech w piersiach widok z punktu pośredniego.

Droga patrolowa, a po prawej na klifie antena przy kolejnym punkcie widokowym. Byłem.

Trochę jakby pustynnie...


Widok z Yehosafat już za mną.



Patrzę wstecz, bo na klifie słychać było głosy.


Idę ku ścianie.

Wodospad, tylko po deszczu...

Trudności i zmęczenie rosną.


Ślepy zaułek, nazwany Polską Drogą :-)

Drabiny, a za nimi najtrudniejsze podejście.


Słynna rynna. Jak ja tu dwa razy z pełnowymiarowym plecakiem...?

W Hameryce pewnie byłaby winda...

...albo chociaż ruchome schody :-)


Chwila na ustabilizowanie owego tchu z widokami na płot graniczny w podłużnej studni i dalej pod górę lekko eksponowanymi ścieżkami, ale o mniejszym nachyleniu. Po drodze grota Bena Kenobiego. Tak doszedłem do odbicia na Wadi Yoash, które pięknie prezentuje się z góry.

Wylazłem z rzeki i mam widoki :-)


Lekko pod górkę i okrążam studnię.


W Grocie Kenobiego :-) 

"Help mi Obi Wan Kenobi" ;-)

Trochę ostrożności nie zaszkodzi...


Jeszcze kilka zakosów oczywiście pod górę i wreszcie z widokiem na dominujący nad okolicą Har Yoash, docieram do drogi nr 12, która zwykle zamyka dzienny odcinek Shvil Israel. Co zresztą wcześniej trzykrotnie wykonałem.


Wadi Yoash. Bardzo lubię ten widok. Szedłem tamtędy z Kasią.

Zawapieniony Adidas na Marsie :-)

Har Yoash w chmurnej krasie.

Egipski Synaj po lewej.

Parking przy drodze nr 12 pod Har Yoash.


Dzisiaj nie biwakuję na pobliskim campie, a jeszcze resztką sił (!) wlezę na szczyt "Joasi". Te dookólne widoki z samego wierzchołka są warte wykrzesania z siebie ostatniego tchnienia wysiłkowego. Zostawiając jeszcze kilka tchnień na zejście - ma się rozumieć :-)

Fizycznie mam dość, ale jeszcze dam radę.


Schody do nieba :-)


Szzyt Har Yoash jest atrakcją widokową. Można wjechać terenówką.


Zdjęcia zobaczcie sami, a mają ten plus, że dzisiejsza przejrzystość powietrza była całkiem wystarczająca. Co prawda Arabia Saudyjska ginęła w odmętach dalekości, tym bardziej, że przy idealnej przejrzystości niczym się ona nie wyróżnia w oddali... Obfotografowałem widnokrąg po cały krąg :-), podumałem w kontemplacji nad widokami, rozpoznałem niedawno przemierzone w pobliżu szlaki i wykonałem odwrót z zejściem do drogi. A tu po krótkiej chwili udało mi się złapać sunącą do Eilatu miłą rodzinkę, młodzież na tylnym siedzeniu nieco się ścisnęła i piąte miejsce w aucie zająłem mimo niemal kompletu. Doceniam to wsparcie i tą drogą za nie raz jeszcze dziękuję.

Masyw Har Shlomo, Zatoka Akaba i góry Edom w Jordanii.


Moja trasa po prawej.

Synajski Egipt za widoczną granicą.


Parking i Night Camp


W dole droga do Eilatu.

W przeciwną stronę - do Mitspe Ramon.

Tam dalej biegnie Szlak Izraelski.

Wracam do drogi łapać okazję. Wystarczyło jakieś 5 - 10 minut.


Tym samym po dziesięciu minutach wysiadłem przed pierwszym rondem "Kotwica", skąd już tylko kilometr per pedes dotarłem do stałego punktu dyslokacji :-) Czwarte przejście pierwszego etapu Shvil Israel zaliczone. Wcześniejszy alarm nie przyniósł żadnych szkód w mieście. Nie ma jak w Eilacie :-)

Od ronda tylko kilometr do bazy :-)

Trasa nie dla bobasa :-)

Cztery razy? Gdyby nie zejście z Gishron Cliffs, pewnie byłoby więcej. Ale też i trudności na trasie podnoszą poprzeczkę, którą niełatwo przeskoczyć. Spotkałem się z opinią, że to najtrudniejszy etap Shvil Israel. Czy ja wiem... Szlak nie należy do łatwych na pustynnym odcinku który przeszedłem, a ten odcinek...? No, łatwy to on nie jest, ale żeby zaraz najtrudniejszy...
Niewątpliwie, jego przejście zapada w pamięć, a skoro przebyłem go już czwarty raz, to chyba aż tak trudny nie jest. A może właśnie dlatego go powtarzam...

.