Wadi Shehoret (Czarny) jest częścią Izraelskiego Szlaku Narodowego. Dla rozpoczynających wędrówkę tym szlakiem, zwykle pojawia się on na trasie przejścia w drugim dniu. Tak też było i w moim przypadku, kiedy wraz z Waldkiem przemierzaliśmy Wadi Shehoret w styczniu 2018 roku.
Sobota, dzień szabatu, pochmurno. Dzień w sam raz na dłuższą wędrówkę. Przynajmniej nie spali mi łydek i nosa. Za to kolory na zdjęciach nie będą tak nasycone jak w pełnym słońcu. Wyszedłem po jedenastej po odczekaniu na potencjalne towarzystwo, które jednak nie odpowiedziało :-(
 |
| Już na wyjściu pogoda trochę nijaka... |
Znany i często odwiedzany pierwszy odcinek prowadził obok Netafim Night Camp do Wadi Roded. Tu także byłem niedawno, nieco ponad miesiąc temu.
 |
| Wild Camper City ;-) |
 |
| Płowy grzbiet Sakin Yotam z przedwczorajszego przejścia. |
 |
| Trochę dziwne, ale ta droga nie ma nazwy! |
 |
| W lewo na Wadi Netafim, po prawej Netafim Night Camp. |
 |
| Dochodzę do Wadi Roded |
 |
| Ten mniejszy kikut po lewej - nie przypomina Wam Velocyraptora...? |
 |
| Biwak sprzed lat |
Wadi Roded (rozległy, szeroki) uchodzi do Doliny Arawa szerokim rozlewiskiem, niczym delta Nilu. Oczywiście w miniaturze. W zasadzie kończy się dochodząc do drogi nr 90, od której podchodziłem i nocą i w dzień. Dzisiaj idę od południa i przy Roded, spoglądając w prawo, mijam miejsce mojego biwaku przy skrzyżowaniu szlaków i podążam w górę rzeki. Dobrze już wiecie - rzeki bez wody...
 |
| Spojrzenie w dół Wadi Roded |
 |
| Spojrzenie w górę Wadi Roded |
Kiedy przylatywałem tu na początku mojej przygody z pustynią, wysoko nad jej połaciami widoki wyraźnie ukazywały gęstą sieć rzek, nie połyskiwały w słońcu, bo były bezwodne. Ale to właśnie wtedy jedna z moich wypraw nosiła roboczy tytuł Wszystkie Rzeki Izraela. I właśnie teraz przemierzam te rzeki w ich najdalej na południe wysuniętym rejonie.
 |
| Na rozdrożu. Pójdę w lewo, wrócę z drogi na wprost. |
Doszedłem do rozdroża, które kiedyś mnie ciekawiło. Wtedy poszedłem dalej w górę Wadi Roded. Dzisiaj też tak pójdę, ale będę wracać właśnie przez Wadi Tawahin, zamykając do tego miejsca pętlę przez Wadi Shehoret. Analiza mapy i nieznanego wtedy odcinka, były inspiracją dla dzisiejszej wędrówki, jakoż i urok samego kanionu Shehoret, zapamiętanego sprzed lat.
Fascynują mnie pustynne drzewa. Te pojedyncze, walczące o przetrwanie, często przegrywające tę walkę. Inne zaś trwające naprzeciw realiom, do czasu aż bezduszne żywioły pozbawią je ostatnich krążących w ich pniach soków. Takich drzew widziałem już bardzo wiele, a sporo z nich odwiedzam przy okazji okolicznych wędrówek.
 |
| Fazy życia drzew |
 |
| Odtąd tylko pieszo |
 |
| Jakby jakiś gad... |
To, że jestem w kraju wojny, uświadamia mi wyjący alert w telefonie. Jestem w relatywnie bezpiecznym miejscu, gdyż tak pociski balistyczne jak i drony, mają na celu infrastrukturę przemysłową w obszarze zurbanizowanym. Ja zaś znajdowałem się poza szacowanym rejonem rażenia. Szedłem więc dalej.
Po krótkim czasie usłyszałem w oddali syreny, a po nich kilka wybuchów. Najprawdopodobniej powietrzny intruz został zestrzelony. O minięciu zagrożenia poinformowała mnie kolejna informacja na telefon.
Odgłos powietrznej potyczki zatopił się w piaskowcowych ścianach, chwilę jeszcze pobrzmiewając w magmowych masywach granitów. Ja zaś stanąłem na skrzyżowaniu z Szlakiem Izraelskim, skąd jeszcze niedawno po odwiedzeniu Zagubionego Kanionu, odbijałem w lewo, dzisiaj zaś udam się w przeciwpołożnym kierunku. Czeka mnie dość konkretne podejście, ale dzisiaj z lekkim plecakiem będzie to przyjemność. Trwające zachmurzenie pozwala wędrować bez pustynnej spiekoty, z którą niemal zawsze mam tu do czynienia.
 |
| W lewo do Wadi Netafim, na wprost do Zaginionego Kanionu, w prawo do Wadi Shehoret. |
 |
| Zaczyna się podejście z siedmioma piętrami. |
 |
| Piętro pierwsze |
 |
| Piętro drugie |
 |
| Har Shehoret |
 |
| Piętro trzecie |
 |
| Piętro czwarte |
 |
| Naalaim ve siman shvil - Buty i znaki szlaku. |
 |
| Piętro piąte |
 |
| Spojrzenie wstecz |
 |
| Piętro szóste |
 |
| Skalny taras |
 |
| Piętro siódme |
Podejście jest zwodnicze, bo kiedy się wydaje, że przełęcz tuż tuż, otwiera się następne piętro góry i tak kilkukrotnie. Tym razem stanąłem na przełęczy pod Har Shehoret i mogłem spojrzeć na jedną i drugą stronę. Mimo chmur, widoki były warte wysiłku.
 |
| Na przełęczy |
Strona z której przyszedłem była flankowana ciekawostką geologiczną, którą doskonale tu widać. Otóż lewa część horyzontu zbudowana był z prastarej zastygłej magmy, podczas gdy miliony lat później ostatnie zlodowacenie dobiło do niej ogromne zwały piasku i wapieni z wcześniejszego pramorza. Tak ogień i woda przywarły do siebie pospołu. Wyraźna granica ciemnego i jasnego masywu sama rzuca się w oczy.
Po drugiej stronie granity z piaskowcami także się przemieszały, choć w mniej interesujący sposób. Zanikły w Dolinie Arava, choć magma właśnie wychodziła spomiędzy płyt tektonicznych nachodzących na siebie w tejże dolinie. Nawet i współcześnie można odczuć wstrząsy trących o siebie płyt.
Dzisiejsza widoczność bardzo oszczędnie eksponuje góry Edom, tworzące naturalną granicę Jordanii, choć granica administracyjna przebiega na ich zachodniej stronie, właśnie w Dolinie Arava.
 |
| Widać koryto rzeki, z którego skręcę w prawo przed środkowym grzbietem. |
Podejście było mozolne, to i zejście wymaga uwagi. Niektóre fragmenty szlaku nie zostawiają miejsca na minięcie się, aczkolwiek od wyjścia z miasta nie spotkałem jeszcze nikogo.
Jestem już na dnie doliny. Na wprost ścieżka którą można zamknąć pętlę startując od parkingu przy wylocie kanionu, w lewo dziki pustynny szlak (może kiedyś) a w prawo wejście do właściwego kanionu Shehoret. Rozglądam się w basenie z którego woda spływałaby kanionem, po czym schodzę nim i ja.
 |
| Wejście do kanionu |
Dzisiaj nie ma bezpośredniego światła słonecznego. Gęste chmury osłabiają nasycenie kolorów, toteż opowiem, jak to wygląda w pełnym świetle.
Ściany Shehoret mają barwę od zgaszonych odcieni czerwieni do ciemnobrunatnych. I tak jak można to zobaczyć na zdjęciach - zwłaszcza na początku wlotu kanionu - są oprószone miękkim, sypiącym się wapieniem. Daje to efekt steka z przerośniętej wołowiny, lekko oprószonego mąką :-) Dzisiaj tej czerwieni trochę zabrakło.
 |
| Wołowina z mąką ;-) |
Piaskowe gładkie podłoże informuje, iż stąpam po łożysku rzeki. Granity, piaskowce i wapienie dopełniają się tu na różne sposoby, a łagodne wodospady obniżają sukcesywnie wcześniej zdobytą wysokość.
Zdjęcie w zdjęcie podobne. Te tematy trzeba lubić. Spotkałem się już z opiniami, że brak żywych kolorów nie jest zaletą. Bo oznaczenie szlaku trudno uznać za kolorystyczne urozmaicenie... :-)
 |
| Wodospadzik ;-) |
Do kanionu można dojechać od jego wylotu, od drogi nr 90. Z tej racji pojawiają się człowieki (na szlaku jest taka specyfika, że wędrują nie ludzie, a człowieki). Spacerują powoli, podziwiają cuda natury i nie docierają do bardziej wymagających odcinków, czego doświadczyłem dotychczas.
Zresztą, sam niejednokrotnie prezentuję podobne podejście do tematu.
 |
| Człowieki! ;-) |
Wodospady nie należą do okazałych. Ot, mają za zadanie urozmaicić rzeźbę terenu, wykres profilu wysokościowego i dodać wyczynu do opowieści o wędrówce. No i dobrze, że są, bo gdzie ja bym w Polsce nazbierał tyle suchych wodospadów udostępnionych do ruchu pieszego.
 |
| Wodospad |
 |
| Jednak na pustyni może być kolorowo :-) |
Gdyby ktoś zapytał: Jaką długość ma kanion Shehoret, odpowiedziałbym: Optymalną :-)
A dokładniej - od wejścia do właściwego kanionu do jego ujścia to 1,5 kilometra i 110 metrów deniwelacji, czyli o taką wartość wysokość się obniża. Przynajmniej z mojej strony. Większość bowiem dojeżdża do parkingu przy ujściu i wychodzi wyżej, wracając albo tą samą drogą, albo zamykając pętlę na dystansie około 3,5 kilometra.
Dochodząc do Night Campu, zauważyłem zielonego pick-up-a SPNI - strażników przyrody. Właśnie tankowali podziemny zbiornik wodą dla wędrowców. Lata temu nie mieliśmy takiego komfortu idąc z Waldkiem, dźwigając zapas wody na kilka dni. Dzisiaj mógłbym nieść mniej o 4-6 litrów wody do tego miejsca, mogąc ją tu właśnie uzupełnić. I tabliczka informuje, iż nie jest to woda dla spacerujących, do mycia, a konkretnie woda do picia jedynie dla długodystansowców na Szlaku Izraelskim. No, chyba, że inna sytuacja jest wyjątkowa.
 |
| Ujście kanionu do szerokiego wadi |
 |
| Tankowanie zbiornika podziemnego z beczki na pickupie |
 |
| Ścieżka Szlaku Izraelskiego |
Choć sfotografowałem klapę zbiornika, to zafascynowany umierającymi drzewami, zapomniałem zrobić zdjęcie samego ujęcia... Później sobie przypomniałem...
 |
| Podziemny zbiornik wody (?) ;-) |
 |
| Gdyby go podlać... |
Nocne obozowiska są tutaj aż dwa. Jedno przy Szlaku Izraelskim zaopatrzone w dostęp do wody i drugie duże i długie, niemal podwójne dla całej reszty - głównie zmotoryzowanej. Do skorzystania z którego ja bym został dzisiaj zakwalifikowany - tego nie wiem, ale generalnie ten dla długodystansowców to obóz cichy. Pozostałe z opcją imprezowania, co jest tu bardzo popularne. Dojechać do nich drogą terenową mogą nawet zwykłe osobówki.
 |
| ...i przed brunatnym grzbietem w prawo |
Na końcu opadającego niewysokiego klifu skręciłem w łącznik do Wadi Roded, którym miałem zamknąć pętlę. Po kilometrze przypomniałem sobie o ujęciu wody którego nie sfotografowałem. Dla zasady wróciłem skrótem rowerowym i dopełniłem założonego planu. Z doświadczenia wiem, że gdybym tego nie uczynił, męczyłoby mnie to długo, bo przecież nie tylko dla siebie prowadzę tego bloga, ale także i dla Was. Dodatkowy kilometr z hakiem podniesie ogólny dystans, co jest jak najbardziej do przyjęcia.
 |
| No tak... Suche drzewa... |
 |
| Ujęcie wody! Nie sfotografowałem... Wracamy! |
 |
| Opis - dla wędrowców długodystansowych. |
 |
| Krótkie przyciśnięcie, by nie marnować... |
 |
| Plan ogólny i można wracać :-) |
Wróciłem do czarnego łącznika i właśnie wtedy rozległy się syreny alarmowe po raz drugi tego dnia. Wyszedłem na niewielki wzgórek i czekałem na rozwój sytuacji. Całkowite zachmurzenie przesłaniało skutecznie wydarzenia na niebie, dało się słyszeć kilka donośnych detonacji, mimo kilku kilometrów oddalenia. Wyglądało to poważniej niż zazwyczaj, o czym miałem się przekonać po powrocie.
O ile droga w stronę kanionu wymagała wspięcia się na przełęcz pod Har Shehoret, o tyle zamknięcie pętli było niemal płaskie. Nieznaczne podejścia i spadki terenu były pomijalne w opisie, a nieledwie zaznaczające się w profilu trasy. Pisząc te słowa, już mi coś tam w głowie kiełkuje...
 |
| Rowerem, terenówką i na piechotę. |
 |
| Żeby nie było, że kolorów brakuje... |
Powoli dochodzę do końca czarnego łącznika opisanego jako Wadi Tawahin. Swoją drogą - gdyby w tym wadi był jakiś mieszkaniec, to czy byłby to Tawahińczyk...? ;-)
Widzę jeszcze ślepą drogę wspinającą się do stanowiska archeologicznego. Jeszcze i tam mnie nie było.
 |
| Widzę jeszcze ślepą drogę wspinającą się do stanowiska archeologicznego. |
Od skrzyżowania droga znajoma. Już nie dochodzę ortodoksyjnie do kolejnego skrzyżowania, a ścinam je skrótem. Skracać co prawda za bardzo nie lubię, ale poznawać choćby krótką nową ścieżkę już tak.
Dolny odcinek Wadi Netafim to jak ścieżka do sklepu. Night Camp, wąski grzbiet Sakin Yotam i ostatnie rozejście szlaków przed dojściem do drogi i miejskiej zabudowy, to już odcinki znane we dnie i w nocy.
 |
| Dziewczę na grzbiecie Noża Jotama |
Wyliczone 24 kilometry. To już niezły wynik. Do tego trochę różnicy wysokości i wygląda, że kondycja jest. Gdyby nie wojna, można by tak z namiotem całymi dniami...
Po powrocie zaś okazało się, że działania wojenne przyniosły bilans kilku rannych osób, w tym mocno pokaleczonego dwunastolatka. Zniszczenia zaobserwowałem jeszcze tego samego wieczora, jednak ilość służb i odseparowanie miejsca, nie dały plonu fotograficznego.
Wojna trwa, więc trasy dyslokacji trzeba znać...
.