Choć jestem na południu Izraela od kilku dni, pustynię zaledwie musnąłem stopami. Dzisiaj jednak wybrałem się na pełnoprawny, acz krótki wypad na okolicę Har Shahamon, a konkretnie na ostry grzbiet Sakin Yotam - Nóż Jotama.
Szeroką drogą gdzie można przejechać samochodem, mijając dzikie kamperowisko i cmentarz dla zwierząt i pierwsze skrzyżowania szlaków, dochodzę na garb drogi, będący pierwszym punktem obserwacyjnym.
Stąd dobrze już widać nieco szersze okolice. Pod pierzastymi obłokami zatopionymi w nasyconym błękicie, jak okiem sięgnąć, ciągną się łańcuchy górskie bliskie i dalekie. Na te drugie przyjdzie jeszcze czas, a dzisiaj przyciąga mnie piaskowcowy grzbiet z ostrą jak właśnie ostrze noża kulminacją szczytową. Pokonuję krótki łącznik do niższego piętra, skąd będę piąć się coraz wyżej.
Pierwszy etap, to siłownia rekrutów, będąca pełnoprawnym punktem widokowym. Dla niektórych to cel krótkiego spaceru, bo nieco dalej trudności rosną. Na sztucznej trawie można całkiem wygodnie przysiąść na mały popas plenerowy, ale ja sam tylko fotografuję widnokrąg i chwilę go kontempluję.
W kierunku północnym ciągnie się długa Dolina Arava i na niej można dostrzec wieżę sygnalizacyjną lotniska Eilat Ramon i przez lornetkę pozostałe instalacje.
Dla mnie zaś istotny jest ciąg dalszy grzbietu, pewnie prowadzący póki co dość szeroką ścieżką. Odwracam się, by uwiecznić cień mojej osoby i uwidocznić profil wąskiej formacji.
Stąpać trzeba coraz uważniej, gdyż momentami stopę stawiam tuż obok stromo opadającego zbocza. Ale to jeszcze nie ten odcinek, który wywołuje we mnie mieszane uczucia.
Dzisiaj przejrzyście, więc dobrze widać jordańską Akabę flankowaną długim pasmem gór Edom. Zatoka Akaba wprowadza tu Morze Czerwone, dzieląc jego wybrzeża po równo dla Jordanii i Izraela.
Ścieżka im dalej ku górze, tym bardziej się zwęża. Dochodzę do najtrudniejszego odcinka, gdzie trzeba wypatrywać miejsca na postawienie stopy. Jest tak wąsko, że ostry grzbiet mógłbym wziąć okrakiem, ale od prawej strony nie byłoby gdzie postawić stopy. Zwalniam, wytężam uwagę i powoli przechodzę.
I znowu robi się szeroko. No, może wystarczająco szeroko, że mógłbym się minąć z inną osobą. Jeszcze tylko zejście do wysokiego siodła i można się uśmiechnąć do obiektywu.
„Mogę rozmyślać tylko wtedy, gdy idę”. Te słowa Jan Jakub Rousseau mógłby podarować na motto wędrowcom. Choć mi zdarza się rozmyślać także stacjonarnie :-)
Zejście z siodła jest już łatwiejsze niż ostrze noża, lecz o odpuszczeniu uwagi nie ma mowy. Luźny piarg sypiący się zboczem wdziera się na ścieżkę, zatem pojechać butem i w następstwie czterema literami nie byłoby przyjemne. Stromiznę zilustrowałem przy nieznacznym wsparciu mojej osoby :-)
No i już wąska dolina, czyli wadi. Po kilku minutach dochodzę do drogi dla terenówek, a nieco dalej zaginam do Wadi Shahamon, która prowadzi do drogi asfaltowej na obrzeżach Eilatu.
Asfaltem już tylko kilometr i melduję się w badzie wypadowej. Mieszkanie na skraju pustyni ma swoje niewątpliwe plusy.
.