Tydzień temu rozpętała się wojna na Bliskim Wschodzie, której jednym z uczestników został Izrael. A ja właśnie goszczę w tym kraju... Moje plany wędrówkowe skróciły się do przemieszczania w okolice schronu, a służby zdecydowanie odradzają przebywanie w terenie otwartm z dala od bezpiecznego schronienia.
Plany eksploracji zmienionych odcinków Szlaku Izraelskiego w okolicach Morza Martwego i dalsze wędrówki po Pustyni Judzkiej obróciły się wniwecz. Codzienne alarmy, syreny i eksplozje nie dawały nadziei na szybkie zakończenie działań wojennych.
Po tygodniu koczowania w pobliżu żelbetowej konstrukcji, postanowiłem jednak wybrać się na krótką okoliczną pętlę. Pustynię mam na wyciągnięcie ręki za drogą, więc nie trzeba się było jakoś specjalnie wyekspediować. Mały plecak z wodą na kilka godzin załatwiał sprawę.
Kiedyś już wędrowałem czerwonym szlakiem na wschód od Har Shahamon, ale tylko raz. Postanowiłem więc odświeżyć sobie ten krótki, ale ciekawy odcinek do Wadi Roded.
Po wejściu w teren najpierw minąłem dzikie camperowisko. Tym odcinkiem w zasadzie rozpoczynam większość moich wyjść na okoliczne szlaki, których jest tu dość sporo. Właściwie, to mógłbym nie opisywać takiej jednodniówki, gdyby nie to, że na czas konfliktu zbrojnego w zasadzie nic innego mi nie pozostało. Za karawanami już niedaleko było do pierwszego odbicia, właśnie za czerwonymi znakami. Kawałek doliną, po czym krótkie podejście na pierwszy punkt widokowy.
Na punkcie spotkałem dwie młode dziewczyny. Zagadały mnie i chwilę pogadaliśmy o górach, szlakach i wędrowaniu. Dla nich wystarczającym było wyjście na najbliższy pagór, zaś dalsze okolice i dłuższe szlaki jakoś ich nie pociągały.
Gdy rozstaliśmy się, kontynuowałem podejście na przełęcz, skąd niestety, nie było znakowanego wejścia na Górę Shahamon. Nieco wcześniej przed wojną, z przełęczy podchodziłem na sąsiedni szczyt i odbijałem na szlak niebieski, dzisiaj trzymam się konsekwentnie znaków czerwonych.
Schodzę długim górskim strumieniem Yael, którym woda nie płynie. Jak to na pustyni. Ale kiedyś płynęła i wsiąkła głęboko, o czym świadczą pojedyncze drzewa wrastające w podziemne warstwy piachu nagromadzonego w wymytych jamach skalnych. Takie naturalne donice potrafią zgromadzić zapas wody, która tam głęboko utrzymuje się całkiem długo, choć w niewielkiej ilości, zaopatrując spragnione rośliny.
A skoro strumień nosi nazwę Yael - Koziorożec, to natknąłem się na pięknego kozła z całkiem obfitymi rogami, który oddalił się pod górę, więc złapałem go z oddali. Te zwierzęta konkurujące w przetrwaniu na bezwodnych terenach z wielbłądami, są prawdziwymi władcami pustyni. Nadto niezbyt płochliwe, często stanowią obiekt fotografii tam, gdzie inni przedstawiciele fauny nie chcą się zapuszczać.
Koryto zaczyna się rozszerzać, a spadek staje się coraz łagodniejszy. Nieomylny to znak, że niebawem niewidzialne wody strumienia przeleją się do szerokiej rzeki. Zbliżam się bowiem do Wadi Roded, co oznacza właśnie rozległość, szerokość.
Doszedłem. Wadi Roded przede mną. Częściowo znana z dawnych czasów, a niedawno, niemal miesiąc temu przemierzona po całości do Har Shehoret. Dzisiaj więc nie pójdę ku zachodowi, a odwinę na wschód. Spoglądam więc na góry odwiedzone przed miesiącem i kieruję się na znaną dolinę w kierunku powrotnym.
Znana dolina po latach wygląda jednak inaczej. Powstaje tu nowa droga, jeszcze nie wiem gdzie ma prowadzić. Im dalej idę wytyczoną i utwardzoną nawierzchnią, tym więcej zmian obserwuję. Nie było mnie dwa lata i proszę - idzie nowe..!
Spoglądam na grzbiet, którym dopiero co wędrowałem, a gdy kieruję wzrok na wprost, zauważam zmianę nawierzchni na asfaltową. Charakter drogi wskazuje na nowe osiedle mieszkaniowe, co nie jest tu niczym dziwnym. Ekspansja na pustynię to nie nowość, a można zaprojektować osiedle od podstaw, więc wszystko co potrzebne, właśnie się buduje.
Odkryłem nawet niewielki pawilon kontenerowy, zapewne będzie pomieszczeniem administracyjnym nowobudowanego osiedla. Drogi już są, domy powstają, tym samym kolejna połać pustyni została wydarta naturze. Ale to w dolinie. Góry jeszcze się bronią...
Krótki to był wypad. Zaledwie 7,5 kilometra. Ale i tak dłuższy niż droga do schronu, których w mieście jest bardzo dużo. Tu na szczęście nie były dzisiaj potrzebne. Zdażają się dni bez alarmów i taki był właśnie dzisiaj.