Pierwszy odcinek Shvil Israel od jego początku w Eilacie do przecięcia drogi nr 12 jest moim ulubionym etapem na jeden dzień.
Znajdują się na nim trzy piękne góry - tytułowe: Har Tsefahot tuż nad Zatoką Akaba z piękną panoramą Eilatu i samej zatoki, Har Rehavam, nazwana przeze mnie Złotą Górą - piękny piaskowcowo-wapienny kopiec, otoczony ciemnymi granitami i na koniec dziennego etapu - Har Yoash, zwany przeze mnie Górą Joasi ;-) z której szczytu rozciągają się piękne szerokie widoki na górskie masywy Eilatu, góry Edom w Jordanii które ciągną się aż do Arabii Saudyjskiej majaczącej zwykle na zasięgu widzialności, a na zachodzie rozciągają się górzyste połacie Półwyspu Synaj, a zatem Egiptu. Samo zaś podejście od poziomu morza na "Joasię" mierzącą 701 metrów "wzrostu", daje sumarycznie nieco ponad tysiąc metrów na dystansie 13,5 kilometra. Z dojściami i powrotami pieszymi ze szlaku, nawinąłem na buty łącznie ponad 18 kilometrów.

Najpierw dojechałem autobusem na plażę Migdalor, gdzie niegdyś pomieszkiwałem pod namiotem czy też w zuli i spotkałem się tam z Jurkiem. Po krótkiej rozmowie wyruszyłem czarnym szlakiem, który bardziej lubię za jego trudności techniczne od właściwego początku znajdującego się przy sklepie, nieco dalej w stronę miasta.
 |
| Plaża Migdalor (Migdal Or = Wieża Światła - latarnia morska) |
 |
| To nie zdjęcie w odbiciu lustrzanym, a tropik założony na lewą stronę :-) |
 |
| Spotkanie z Jurkiem pod Podwójną Akacją przy Migdalor. |
 |
| Tu kiedyś stała zula w której mieszkałem. (Zula - ni-to-dom-ni-to-szałas) |
 |
| Tu stała zula - sauna |
 |
| Sodoma Jabłkowa - silnie toksyczna! |
Czarny łącznik ma kilka odcinków, gdzie trzeba zaangażować ręce i zapomnieć o strachu przed ekspozycją. Ale po przebyciu niemal półtora kilometra, czarny łączy się z trójkolorowym Szlakiem Izraelskim i do drogi nr 12 prowadzi już bez zmiany koloru.
 |
| Napieram gdzieś tam do góry... |
 |
| Przejście przez głaz z niezłą ekspozycją. Stąd tego nie widać. |
 |
| Ostatnia trudność na czarnym szlaku. Po prawej pod skałą - legowisko. |
 |
| Zbliżenie na (nie moje) legowisko. |
 |
| Dojście do Szlaku Izraelskiego. |
Kolejne kilkaset metrów podejścia wyciska pierwsze poty, by osiągnąć przełęcz pod Har Tsefahot. Na szczyt nie wchodzę bo jest poza szlakiem, a i byłem tam nieraz.
 |
| Widoki już po pierwszych metrach wspinania się Szlakiem Izraelskim. |
 |
| Stąd przyszedłem |
 |
| Widoczny już szczyt Har Tsefahot |
 |
| Na końcu zatoki - Eilat pod chmurką :-) |
 |
| Zamknięty szlak, którym kiedyś szedłem do granicy z Egiptem. |
 |
| Panorama spod szczytu. |
 |
| Na szczyt Har Tsefahot nie wchodzę. Jest poza moim szlakiem. |
Z przełęczy seria zdjęć i schodzę długim zejściem. Na dole mamy łącznik, jeśli ktoś zaliczający szczyt Tsefahot chce dojść do Izraelskiego nie wracając do przełęczy. Nieco dalej w otwartej dolinie dopadł mnie Alert Ekstremalny - "wyjec" na telefon, wypadało kontynuować wędrówkę, oddalając się od potencjalnego centrum zagrożenia.
Takoż po chwili zabrzmiały syreny alarmowe, a po kolejnej chwili doszły mnie odgłosy wybuchów - najprawdopodobniej dalekich zestrzeleń. Kolejne minuty i przyszło powiadomienie o odwołaniu alarmu. Ja w tym czasie przebyłem nieco ponad kilometr.
 |
| Odtąd do końca szlaku spotkam bodaj sześć osób... |
 |
| Było podejście - jest zejście... |
 |
| Po lewej łącznik ze szczytem, ja przyszedłem od prawej. |
 |
| Tam właśnie idę. |
 |
| Piaskowcowy masyw okrążę od lewej. |
 |
| Tu wyły odległe syreny po tym, jak chwilę wcześniej dostałem alert napadu powietrznego. |
 |
| Odwołanie alertu przyszło gdy mijały mnie trzy dziewczyny :-) |
Piękne klify nad Wadi Gishron z przepaścistymi perciami, doprowadziły mnie do drogi patrolowej, za którą pojedyncze minuty marszu postawiły przed oblicze Złotej Góry - Har Rehavam. Bywałem tu wiele razy i za każdym następnym pojawiam się z wielką przyjemnością. Po krótkiej kontemplacji tego niesamowitego zjawiska geologicznego, ze znacznie mniejszą ochotą rozpocząłem zejście z klifu do doliny. Odcinek ten zaliczam do najtrudniejszych, a to ze względu na strome ścieżki wysypane luźnym rzęchem i brakiem klamer bądź poręczy. A strome zbocza tylko czekają na moment nieuwagi...
Powoli i z napięciem przemierzyłem stromy odcinek i z ulgą stanąłem na dnie rzeki. Tak, rzeki, bo Wadi Gishron po gwałtownych opadach deszczu zamienia się w rwącą górską rzekę...
 |
| Przy bulbusach |
 |
| Podziwiam zawsze ten masyw po lewej. Na żywo wygląda naprawdę okazale. |
 |
| Wchodzę na Gishron Cliffs. |
 |
| Pośrodku - serduszko, które Kabibi mi kiedyś wskazała :-) |
 |
| Między Izraelem a Egiptem... Widać też płot graniczny. |
 |
| Górą biegnie patrolowa droga graniczna. Byłem. |
 |
| Wąska perć, nie każdy ją lubi... Dolina już spoko :-) |
 |
| Spojrzenie wstecz. I kilka następnych. |
 |
| Jaskinia...? |
 |
| Drzewo w zakolu rzeki... |
 |
| Droga patrolowa, jedna z wielu przy granicy z Egiptem. |
 |
| Rozłupany bulbus, który pamiętam sprzed wielu lat. |
 |
| Har Rehavam - moja Złota Góra. Magiczny widok na szlaku :-) |
 |
| Jak nie jestem zwolennikiem selfie, tak tutaj - strzelam obowiązkowo :-) |
 |
| Spoglądając za siebie - granica i Synaj. |
 |
| Z klifu będę schodzić w lewo do Wadi. |
 |
| Kilka kroków dalej, to i jeszcze jedna fota :-) |
 |
| Widać już zejście w lewo. |
 |
| Tego zejścia bardzo nie lubię. |
 |
| Spojrzenie wstecz. Wolałbym już się wspinać niż schodzić... |
Zszedłem. Nic przyjemnego. Bez dobrych butów nawet bym nie ryzykował.
W dolinie poszukałem miejsca osłoniętego od słońca. W cieniu wciągnąłem żel energetyczny, popiłem go wodą z magnezem i zagryzłem jabłkiem. Ruszyłem przemierzać wielowymiarowe koryto rzeki. Raz wąskie, potem szerokie i znowu zwężające się w wodospad.
 |
| Dotarłem bezpiecznie do Wadi Gishron. Ufff... |
 |
| Schodziłem tam z góry. Zero zabezpieczeń, a stromizna momentami napina uwagę... |
 |
| Trasa korytem rzeki na kilka kolejnych kilometrów. |
 |
| Trochę energii z pewnością się przyda. Druga pełna butelka w plecaku. |
 |
| Polski akcent na lokalnym tle. |
 |
| Piach, skały i rachityczne drzewa. |
 |
| Żeby tylko nie lało... |
 |
| Ten kamień postawiłem ja. |
 |
| Do góry, do góry... |
 |
| Wyszedłem na chwilę z wadi, by zaczerpnąć powietrza ;-) |
Kilka rozlewisk przed i za drogą patrolową, odbicia szlaków i na koniec kilka wysokich wodospadów z klamrami i drabinami, by wreszcie stromą i długą rynną wspiąć się resztkami sił na zapierający dech w piersiach widok z punktu pośredniego.
 |
| Droga patrolowa, a po prawej na klifie antena przy kolejnym punkcie widokowym. Byłem. |
 |
| Trochę jakby pustynnie... |
 |
| Widok z Yehosafat już za mną. |
 |
| Patrzę wstecz, bo na klifie słychać było głosy. |
 |
| Idę ku ścianie. |
 |
| Wodospad, tylko po deszczu... |
 |
| Trudności i zmęczenie rosną. |
 |
| Ślepy zaułek, nazwany Polską Drogą :-) |
 |
| Drabiny, a za nimi najtrudniejsze podejście. |
 |
| Słynna rynna. Jak ja tu dwa razy z pełnowymiarowym plecakiem...? |
 |
| W Hameryce pewnie byłaby winda... |
 |
| ...albo chociaż ruchome schody :-) |
Chwila na ustabilizowanie owego tchu z widokami na płot graniczny w podłużnej studni i dalej pod górę lekko eksponowanymi ścieżkami, ale o mniejszym nachyleniu. Po drodze grota Bena Kenobiego. Tak doszedłem do odbicia na Wadi Yoash, które pięknie prezentuje się z góry.
 |
| Wylazłem z rzeki i mam widoki :-) |
 |
| Lekko pod górkę i okrążam studnię. |
 |
| W Grocie Kenobiego :-) |
 |
| "Help mi Obi Wan Kenobi" ;-) |
 |
| Trochę ostrożności nie zaszkodzi... |
Jeszcze kilka zakosów oczywiście pod górę i wreszcie z widokiem na dominujący nad okolicą Har Yoash, docieram do drogi nr 12, która zwykle zamyka dzienny odcinek Shvil Israel. Co zresztą wcześniej trzykrotnie wykonałem.
 |
| Wadi Yoash. Bardzo lubię ten widok. Szedłem tamtędy z Kasią. |
 |
| Zawapieniony Adidas na Marsie :-) |
 |
| Har Yoash w chmurnej krasie. |
 |
| Egipski Synaj po lewej. |
 |
| Parking przy drodze nr 12 pod Har Yoash. |
Dzisiaj nie biwakuję na pobliskim campie, a jeszcze resztką sił (!) wlezę na szczyt "Joasi". Te dookólne widoki z samego wierzchołka są warte wykrzesania z siebie ostatniego tchnienia wysiłkowego. Zostawiając jeszcze kilka tchnień na zejście - ma się rozumieć :-)
 |
| Fizycznie mam dość, ale jeszcze dam radę. |
 |
| Schody do nieba :-) |
 |
| Szzyt Har Yoash jest atrakcją widokową. Można wjechać terenówką. |
Zdjęcia zobaczcie sami, a mają ten plus, że dzisiejsza przejrzystość powietrza była całkiem wystarczająca. Co prawda Arabia Saudyjska ginęła w odmętach dalekości, tym bardziej, że przy idealnej przejrzystości niczym się ona nie wyróżnia w oddali...
Obfotografowałem widnokrąg po cały krąg :-), podumałem w kontemplacji nad widokami, rozpoznałem niedawno przemierzone w pobliżu szlaki i wykonałem odwrót z zejściem do drogi. A tu po krótkiej chwili udało mi się złapać sunącą do Eilatu miłą rodzinkę, młodzież na tylnym siedzeniu nieco się ścisnęła i piąte miejsce w aucie zająłem mimo niemal kompletu. Doceniam to wsparcie i tą drogą za nie raz jeszcze dziękuję.
 |
| Masyw Har Shlomo, Zatoka Akaba i góry Edom w Jordanii. |
 |
| Moja trasa po prawej. |
 |
| Synajski Egipt za widoczną granicą. |
 |
| Parking i Night Camp |
 |
| W dole droga do Eilatu. |
 |
| W przeciwną stronę - do Mitspe Ramon. |
 |
| Tam dalej biegnie Szlak Izraelski. |
 |
| Wracam do drogi łapać okazję. Wystarczyło jakieś 5 - 10 minut. |
Tym samym po dziesięciu minutach wysiadłem przed pierwszym rondem "Kotwica", skąd już tylko kilometr per pedes dotarłem do stałego punktu dyslokacji :-)
Czwarte przejście pierwszego etapu Shvil Israel zaliczone.
Wcześniejszy alarm nie przyniósł żadnych szkód w mieście. Nie ma jak w Eilacie :-)
 |
| Od ronda tylko kilometr do bazy :-) |
 |
| Trasa nie dla bobasa :-) |
Cztery razy? Gdyby nie zejście z Gishron Cliffs, pewnie byłoby więcej. Ale też i trudności na trasie podnoszą poprzeczkę, którą niełatwo przeskoczyć. Spotkałem się z opinią, że to najtrudniejszy etap Shvil Israel. Czy ja wiem... Szlak nie należy do łatwych na pustynnym odcinku który przeszedłem, a ten odcinek...? No, łatwy to on nie jest, ale żeby zaraz najtrudniejszy...
Niewątpliwie, jego przejście zapada w pamięć, a skoro przebyłem go już czwarty raz, to chyba aż tak trudny nie jest. A może właśnie dlatego go powtarzam...
.