22 lutego 2026

Cztery dni na pustyni Wadi Rum, 19-22 lutego 2026.

Wadi Rum nie bierze jeńców. Ruszyłem na jordańską pustynię z plecakiem ważącym ponad 20 kg i planem na tydzień samotnej wędrówki. Rzeczywistość szybko zweryfikowała moje założenia, fundując mi nocną wichurę, piach w zębach i jedną z najtrudniejszych decyzji na szlaku – odwrót. Zapraszam na relację z mojego 'marsjańskiego' rekonesansu, spotkania z beduińskimi legendami motoryzacji i poszukiwania ciszy pośród czerwonych piasków.

* * * 

Pamiętacie mój pierwszy wypad na cztery dni do Izraela sprzed lat? Na rozpoznanie terenu i tematu? No to teraz bardzo podobnie z Jordanią i jej urzekającą pustynią na obszarach Wadi Rum.

Barwna, choć krótka będzie ta opowieść z którą dzisiaj do Was przychodzę.

Tym razem nie wyekwipowałem się starannie. Postanowiłem wylecieć z Polski z minimalnym zestawem trekkingowym w dwudziestolitrowym plecaku, a resztę uzupełnić w jakiś magiczny sposób przed samym wyjściem na trasę.

Jedynym bezkompromisowym elementem ekwipunku, był mój wierny i niezawodny śpiwór - Małachowski UL300 II generacji. Już jedenasty rok mi służy i tulimy się do siebie w cieple i chłodzie. Cieple wewnętrznym, chłodzie zewnętrznym, choć noce na pustyni miały być w granicach jego komfortu.



Od kolegi w Izraelu pożyczyłem plecak. Gdy go przywiózł, okazało się, że to Kestrel 48 od Ospreya. No, lepiej być nie mogło. Może tylko to, że uprząż była o rozmiar większa niż moje S/M, ale szczegół. Dzięki Paweliko!



Od małżeństwa marokańsko-filipińskiego dostałem tradycyjny tygielek bliskowschodni. To zamiast mojego TOAKS-a 650. Pewnie, że się nada! Dzięki.

Materacyk miałem mały. Taki 3/4 z Decathlona - Forclaz Trek 700 S. Pod nogi pójdzie plecak i buty.

Namiot - Arpenaz 2 - dostałem od Ewy, Polki, która kilka lat temu przyleciała do Izraela z koleżanką i nie opłacało im się targać namiotu do kraju. Dzięki Ewa.

Do tego palnik mini, taka wcześniejsza wersja BRS-a, łyżeczka do latte, plastikowe pudełko zamiast miski, nóż bliźniak Vica Pikutka, inne drobiazgi takie standardowe.



Z rzeczy które bardzo się sprawdziły oprócz opisanych wyżej, to

  • koszulka z długim rękawem CoolDRI, pozwalająca na chłodzenie i osłonę przed UV,
  • skarpety IDF - grube, ale świetnie amortyzujące i chłodzące, 
  • ładowarka słoneczna 8W Reload z Action, świetnia w słońcu pustyni z wiekowym fonem,
  • buty Merrell MOAB 3 z izraelskiej promocji dwa lata temu i jeszcze żyją.

Zabrałem też sporo jedzenia. Głównie moje domowe liofile, a raczej suszone i pakowane próżniowo zestawy opracowywane przez lata, z owsianką w roli głównej, kurczakiem curry i podobnymi. Było tego sporo, bo pierwotny plan przewidywał tydzień na pustyni, co ostatecznie zostało zredukowane do czterech dni, ale spakowany byłem już wcześniej na siedem. I tak zostało.

Spokojnie, zabrałem tylko połowę zawartości pudła.


Na miejscu kupiłem sześciopak wody w półtoralitrowych butelkach i to mnie dobiło. Policzyłem, że mój plecak waży nieco ponad 20 kilogramów, ale nie było w okolicy wagi by to potwierdzić.

Czas zatem na chronologię w opowieści.


Czwartek, 19 lutego 2026.


Dorota podwiozła mnie pod przejście graniczne Yitzhak Rabin / Wadi Araba. Eilat i Akaba są jak bliźniacy, dopiero z bliska widać granicę. 



Po stronie izraelskiej poszło bardzo szybko, wykupiłem bilet wyjściowy za ponad sto szekli, machnąłem kilka razy paszportem i już mogłem pokonać pas graniczny.
Po stronie jordańskiej przeskanowałem bagaż, wypełniłem deklarację pobytu na darmową wizę ASEZA i już byłem za bramką. Tu trzeba wziąć taksówkę, by pokonać pas graniczny i nie ma innej możliwości. Sztywna oplata 11 JOD i to bez targowania.

W Akabie wysiadłem obok banku, gdzie już kiedyś robiłem wymianę, jako i teraz. Z gotówką w drobnych nominałach pobiegłem na dworzec busów, bo czas naglił. Jednak busa do Wadi Rum nie było. Czy już nie było bo odjechał, czy w czwartek miało go i tak nie być - tego ani mój arabski ani ich angielski nie przerobił. Dowiedziałem się, że za chwilę odjedzie bus na północ autostradą pustynną i mogę wysiąść po drodze i złapać następny transport. 




Planując przez miesiąc ten wypad, dobrze poznałem mapę okolicy. Al Rashidiya  była po drodze i 3 JOD poszły na dojazd. Ale trzeba było odczekać 20 minut na zapełnienie busa, co wreszcie stało się faktem i ruszyliśmy. Jako jedyny obcokrajowiec wzbudzałem chwilowe zainteresowanie i zamieniłem kilka słów po angielsku z starszym tubylcem. Hasło "Polska" wywołuje tu życzliwość i uśmiech i tak miało być też później.



Po drodze było jak to w górzystej pustyni - górzyście i pustynnie. A do tego pod górkę.




W Rashidyi wysiadłem na krzyżówce i poszedłem w stronę przystanku. Jeszcze dobrze nie zrobiłem kilku fotek i na spóźnione wyciągnięcie ręki na stopa, w oddali zatrzymał się samochód i widzę że cofa! Ojciec z córką jechali właśnie do Wadi Rum i ja się z nimi zabrałem.




Byli to Egipcjanie z niemiecką historią i polskim akcentem przez szwagierkę z Polski. No to byliśmy w domu :-) Z młodą egipską księżniczką wszedłem w porozumienie, gdyż była ciekawa moich przygód i filozofii życiowych, czym nie omieszkałem się z nią podzielić. Aż szkoda, że tak szybko dotarliśmy do celu. A przez całą drogę miałem jakby Deja Vu, że ja ją już gdzieś widziałem... Dziękuję Wam za wspólną podróż, niech Opatrzność prowadzi Was po dobrych drogach.

Wstęp do Obszaru Chronionego Wadi Rum kosztuje na stan 19 lutego 2026 już 7 JOD, a do niedawna było to 5 JOD. Jest to opłata za wstęp bez limitu czasowego. Mając miesięczną wizę, mogę tyle czasu na tym bilecie jednorazowo tam przebywać. 


Rum Village tętni życiem małej osady. Wjazd jest zoptymalizowany dla turystów. Z knajpką, kilkoma sklepami i inną formą lokalnej oferty. W pierwszym sklepie po prawej ceny są normalne, co nawet uwidoczniono na reklamie i co się potwierdziło. Za sześć półtoralitrowych butelek wody zapłaciłem 2 JOD, tyle co w Akabie. Innych cen nie sprawdzałem, takoż i w Falafel Restaurant nie, a to za przyczyną Ramadanu, w czasie którego Muzułmanie pomiędzy wschodem a zachodem słońca nic nie jedzą i nic nie piją. Więc falafela nie było...










Kiedy już po obejściu wioski zastanawiałem się nad dalszym ciągiem dnia, zagadał do mnie jeden z operatorów wycieczek - Awwad. I tak od słowa do słowa w rozmowie w miłej atmosferze, zabrał mnie do swojego campu na pustyni, od którego miałem szansę przez dwie godziny do zachodu słońca zrobić jeszcze mały dystans. Camp był wypasiony jak na tutejsze warunki, duży namiot robił wrażenie wykończeniem i czystością. Do tego namioty gościnne i reszta infrastruktury z wodą i prądem. Mimo że nie zostałem tu na noc, spokojnie mogę polecić Awwada i jego usługi.









Przepakowałem sześciopak wody do plecaka i ruszyłem. Oj, było ciężko. Wyposażenie, jedzenie na tydzień i woda, według moich szczegółowych wyliczeń, przekroczyły 20 kg. Właśnie pierwotny plan przewidywał tygodniową wędrówkę po Wadi Rum. Tylko na pustyni Negev byłem tak objuczony, ale tam szło się po twardym piasku. Tutaj natomiast zdecydowana większość trasy prowadziła po miękkim, grząskim piachu. Wcześniej szacowałem, że nawierzchnia w 70% będzie relatywnie twarda, a pozostałe 30% będzie stanowić kopny piach. Rzeczywistość odwróciła te proporcje, a nawet sypnego, miękkiego podłoża zdawało się być jeszcze więcej. Jedynie z rzadka trafiało się kamieniste łożysko, bądź stwardniały piach. W takich warunkach nie tylko spadała prędkość marszu niemal o połowę, ale przy znaczącym obciążeniu męczyło to cały aparat ruchu. Na szczęście nie było zbyt gorąco, bo z campu Awwada wyruszyłem o 4 po południu, co w lokalnym czasie dawało mi dwie godziny do zachodu. Po drodze mijałem kolejne campy, lecz im dalej, tym mniej ich widziałem. Na mapie po drodze było zaznaczone źródło wody. Z doświadczenia wiem, że takie punkty nie mają charakteru stałego, najczęściej są to cieki okresowe. Tak też było i tym razem. Nagromadzenie zieleni i obmytych kamieni wskazywało, że woda się tu pojawia.





Ślady opon, wielbłądów i Beduinów.


Na horyzoncie trzy jednogarbne punkciki.


Spiralka, która osłania resztę rośliny.

Miejsce okresowego źródła wody.

Dzisiaj jednak sucho...


Ostatni pasterski namiot jaki widzialem dzisiaj.



Gdy już słońce było nisko nad horyzontem, rozejrzałem się za miejscem na biwak. Piękna półka skalna na zawietrznej była kusząca, ale z plecakiem niedostępna. Nieco dalej znalazłem na skale niezły zakątek z płaskim podłożem i tu rozstawiłem namiot. Szpilek w skałę bym nie wbił, więc obłożyłem namiot kamieniami, dociskając punkty kotwiczenia. Dołożyłem dookoła więcej płyt kamiennych, zabezpieczając domek przed podwiewaniem. I ta decyzja okazała się procentującą w nocy... Zresztą, - i tak byłem wkomponowany w skalne osłony... No właśnie...

Tu była trudnodostępna półka skalna.

Czas szukać miejsca na biwak.

Tu zostanę na noc.

Póki nie wiało, miejsce wyglądało na zaciszne...







Do północy było jeszcze spokojnie. Wyszedłem pooglądać rozgwieżdżone niebo w całkowitej ciemności. Zaledwie jednodniowy rogalik księżyca przypominał o rozpoczętym Ramadanie, ale śródnocnego nieba nie sfotografowałem. Smartfon tego nie łapał, a aparatu ze względu na jego wagę nie zabrałem. A byłoby co fotografować. Na niebie nie podświetlanym jak to bywa w mieście czy nawet w podmiejskich okolicach, czerń stanowiła idealne tło dla świdrujących je gwiazd obficie rozsypanych dookoła, że nie było wiadomo gdzie niebo a gdzie ziemia, chyba tylko dlatego, że poniżej horyzontu nie było świecących punktów. I tyle idylli.


Piątek, 20 lutego 2026.

Zaczęło się dobrze po północy. Przyszedł taki wicher, że najpierw mnie obudził, a następnie nie pozwolił zasnąć. Rzucał kopułą namiotu w każdą stronę, ale pałacyk stał pewnie, od wewnątrz obłożony butelkami z wodą przy narożnikach. To mój pustynny patent na dociśnięcie podłogi. Złapałem kilka drzemek, licząc, że po wschodzie słońca wiatr ustanie, a ja dośpię po nocnej dujawie. Nic z tego. Kiedy wreszcie o dziewiątej uznałem iż pora wstać, wiało nadal w najlepsze. Musiałem szybko zdjąć tropik, bo po otwarciu zaczął robić za żagiel i była obawa, że odfrunie. Sypialnia się kładła już nie trzymana tropikiem, więc zdjąłem stelaż po udokumentowaniu zjawiska. W oddali było widać chmury pyłu piaskowego, pędzonego rozpędzoną wichurą. Na zdjęciach dobrze widać bury pas niesionego pyłu, gęstą zasłoną pokrywający widnokrąg.





Pędzące z wiatrem tumany pyłu przesłaniały horyzont.




Był nawet stół skalny czy też ława.


Jedynie pod wiszącą skałą było nieco spokojniej, gdzie po zrobieniu kamiennej osłony, udało się zagotować wodę na przygotowanie śniadania. Trwało to trzy razy dłużej i poszło znacznie więcej gazu. O herbacie nawet nie myślałem. Owsianka wieloskładnikowa smakowała wybornie, choć o dziwo, nie czułem porannego głodu. Trzeba się było nie tylko posilić, ale też choć trochę zredukować wagę niesionej paszy. Przynajmniej od góry nie brakowało słońca, dzięki czemu panel słoneczny doładował sprawnie telefon. Na koniec w jednej z dziur w skalnej ścianie złożyłem depozyt w postaci jednego szekla izraelskiego i przykryłem małym kamieniem. Widać na zdjęciu. Można pójść - kto pierwszy, ten znajdzie :-)

Wiało, wiało, ale zagotować się udało.


Panel sprawdził się znakomicie.




Nie żebym się chwalił, ale ta owsianka miała pyszny skład.

Gotowość do wyruszenia.

Pod kamykiem 1 szekel.

Nie zostawiłem po sobie śladu.


Kiedy plecak był już kompletnie spakowany i dopięty, przyszedł czas na decyzję. Idę dalej do Umm Ad Dami, czy wybieram plan "B". Plusy miałem określone od dawna i miały prowadzić do celu. Jednak tym razem przeważyły negatywy, z czego nie wiem który miał największą wagę. Cóż - waga plecaka mnie dobijała. O ile jeszcze jedzenia mógłbym zabrać nieco mniej, to ilości i wagi wody nijak nie mogłem zredukować. Od biwaku do podstawy góry było według moich wyliczeń 17 kilometrów. Fraszka w "normalnych" warunkach. Przez ostatnie dni robiłem takie dystanse w cztery godziny, ale na lekko i w sprzyjających warunkach. Tu jednak dochodziła ta fatalna nawierzchnia - nadmy, wydmy, rozjeżdżone koleiny, a po prawej i po lewej to samo. Założyłem, że dzisiaj w tym mozole jeszcze może dojdę do podstawy góry i wejdę na szczyt na lekko wieczorem bądź następnego dnia rano. Zużyję dwa litry wody i 400 gramów moich autorskich "liofów". Nazajutrz będzie nieco lżej, ale będę już przeforsowany obciążeniem i brodzeniem. Pierwszy dzień pokazał brutalną prawdę, drugi dołoży, a powrót? Kolejne dwa dni, nieco lżej na plecach, ale ciężej w nogach. Jeszcze nigdy tak nie biłem się z myślami. Brałem jeszcze pod uwagę załapanie się na powrotny transport jeepem ze zmotoryzowanymi zdobywcami szczytu, ale to było dla mnie nie do zaakceptowania bez wizji zagrożenia, lecz ta wizja gdzieś tam bokami i zezem zaglądała mi w oczy.

Odwrót. Nie spojrzałbym wtedy w lustro. Nie popatrzyłem też na kierunek od którego się odwrociłem. To już nie mój kierunek, nie mój cel tam dalej na jego końcu. Teraz z tej porażki trzeba wykroić coś na pocieszenie. Znaleźć bazę blisko wioski, dupnąć tam plecak i na lekko snuć się po okolicy.

Nocny i poranny wicher nieznacznie osłabł. Wszędobylski pył piaskowy szeleścił na materiale plecaka, chrzęścił w zębach, a w nosie formował dwa pociski antyrykoszetowe. Odchodząc, zajrzałem na wczorajszą półkę skalną, licząc, że tam jest zaciszniej. Ale gdzie tam... Wiało jak chciało...

Pierwotna niedostępna miejscówka, też wietrzna.


Piach i skały. Niewiele innych atrakcji. Podejście nawet na niewielkie nawiane wzgórze było jak brnięcie w śniegu, czego mój wrodzony optymizm nie widział w tej skali. Ale przecież całkiem nieźle się szło. Pustynia - jakkolwiek bezwodna - posiadała swą szczątkową florę. Oprócz kilku rodzajów krzewów, dało się zobaczyć kwiatuszki jednej nocy. No, może zaledwie kilku dni, bo przetrwanie w takich warunkach polegało na zakwitnięciu i wydaniu nasion przed wyschnięciem. W końcu to czas wegetacji, choć i środek zimy... Zerknąłem wstecz na swoje ślady. Trochę się plątały od lewej do prawej, poszukując stałego gruntu i go nie znajdując. Wcześniej nawet myślałem o ciągnięciu wózka, na który mógłbym zapakować zapas wody na tydzień, ale już wtedy przypuszczałem, że ciągnięcie go po wydmach mogłoby mnie wykończyć nawet na krótkim dystansie. Jednak rekonesans okazał się potrzebny.



Pod górkę w grząskim piachu...




Drzewko Szczęścia...? ;-)


Skąpa pustynna roślinność.

Obfita pustynna roślinność.


W poszukiwaniu wygodnej nawierzchni.

Znalezisko - na pamiątkę.




Znowu pojawiły się campy. Jeden zgrabnie schowany za grzędą skalną, a za nim pojedynczy namiot z którego przybiegł spory pies i z dystansu pojedynczych metrów konkretnie
mnie obszczekiwał. Nie wyczuwałem bezpośredniego zagrożenia, ale gdy się odwracałem w kierunku marszu, szczekacz skracał dystans. Szedłem więc bokiem, kontrolując sytuację. Kobieta przy namiocie spojrzała, ale nie odwołała psa. Na szczęście i on i ja byliśmy po śniadaniu, bo inaczej ktoś by tu miał ucztę... ;-) Po kilkudziesięciu metrach pieseł odpuścił.

Przeszedłem kolejną przestrzeń pomiędzy formacjami skalnymi. Plecak, piach i słońce. Zatrzymałem się przy wielopoziomowych formacjach skalnych, zrzuciłem bagażnik i zaktualizowałem strój, pozbywając się waciaka. Wylazłem na poziom pierwszy, na drugi, fota i na dół. Jak fajnie się idzie bez obciążenia. Można podskoczyć, a grawitacja jakby działa nieśmiało. No tak - przecież jestem na Marsie i właśnie wychodzę z Krateru Skiaparellego ;-) Film "Marsjanin" mnie nastraja pozytywnie, choć i tak poranny spleen mnie już opuścił.

Widok z drugiego piętra.

Bagaż się wietrzy.


Lekko po prawej widać camp za skalną grzędą.

A tu z drugiej strony.

A stąd przez kwadrans szczerzył się na mnie beduiński pies.




Dobrze, że trasa jest płaska, choć gdzie spojrzeć, wystają kolejne Jebele. Ale co krok to pod masywami kolejne Campy. Jakaś kózka tu skakała i z swą nóżką się rozstała. Moje stopy też toną w piasku - skąd go tyle nawieźli ?!? Ale jakoś przebijają się przez niego roślinki większe i mniejsze, nawet nie tak całkiem tu pustynnie. Zrobiło się jakoś cywilizowanie, bo i więcej dżipów i pikusi - znaczy pickupów się pojawia, większość z beztroskimi i uśmiechniętymi obieżyświatami na pace.

Marsjańskie domki.

Żeby kózka nie skakała...

Napełnianie butów piachem. Mimochodem.

Acidalia Planitia ;-)

Spękany Jebel Kazali.


Przede mną pojawiła się Acidalia Planitia. No dobra - Jebel Umm Ishrin to okolica gdzie filmowcy mieli plan Acidalii, lecz wielka dolina przede mną także pasowała do tej nazwy z "Marsjanina". Tylko tyle, że tutaj pojawiły się roślinki ziemskie, jakich na Marsie by nie uświadczył.

Jej Szerokość Acidalia ;-)




Waga plecaka mnie dobijała w tym upale i w nawianych diunach. Patrzyłem na odległy cypel opadającego zbocza jak na zbawienie. W butach piach się już nie mieścił i marzyłem, by go wreszcie wysypać. Niby blisko, ale ponad kilometr trzeba płynąć przez suchego przestwór oceanu...

Doszedłem, zrzuciłem plecak, rozejrzałem się czy nie ma Beduinów i łyknąłem nieco wody z dodatkami i zagryzłem wafelkiem Góralki. Mnie Ramadan nie obowiązuje, ale wobec jego wyznawców którzy w dzień nie jedzą i nie piją, wykazuję się zrozumieniem. Piachu z buta poleciało obficie, aczkolwiek jeszcze sporo zostało w zakamarkach. Godzina przerwy przydała się w sam raz.


Góralki z Wadi Rum :-)






Godzina minęła, czas zawalczyć z plecakiem i piachem. U ujścia doliny prowadzącej od wioski na rozległe pustynne tereny, widać trzech konnych, kilka samochodów sunących wte i wewte i małe karawany wielbłądów z ich lokalnymi jeźdźcami. Mnóstwo śmieci wśród których dominują plastikowe butelki i puszki po napojach, ale też łuski ze strzelby i trochę części samochodowych.








Gardziel doliny ma ówdzie nawet ponad kilometr szerokości od ściany do ściany. Idę środkiem, bo nie wiem, czy tu ruch lewostronny czy prawostronny. Nikt tego nie wie. Koleiny ze szlaczkami opon są wszędzie, a i rozpędzone pojazdy mijają mnie to z jednej to z drugiej strony. Dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba. Rozejdźcie się po drogach...

Wioska przede mną. Wchodzę od strony lokalnego zaplecza i trafiam na dystrybutor z darmową, publiczną wodą. Młody Beduin sączy prosto z kranu jak z butelki, ale ja nawet nie próbuję. Gdybym miał małą buteleczkę, nabrałbym niewielką ilość i spróbował po powrocie do cywilizacji z dostępem do tronowej porcelany, lecz tutaj widmo Klątwy Faraona skutecznie powstrzymuje mnie przed degustacją.





W wiosce spotykam poznaną wczoraj wielką indywidualność. To Salem (Selim), właściciel Toyoty Land Cruiser model J40, która ma tak z 45 - 60 lat. Z rozwianymi długimi włosami, pogmatwanym zarostem i marynarką sprzed ery Versace, właściciel Wadi Rum Xperience. Zaproponował mi bazę w swoim namiocie, całkiem niedaleko. A ja właśnie szukałem bazy...

Zaręczam Wam, że takim eksponatem na czterech kołach z pewnością nie jechaliście, a do tego po surowej, choć gorącej pustyni. Że to auto jeszcze żyło, to tłumaczy legenda Toyoty i kunszt tutejszych mechaników. A popylało żawawo jak za czasów swej młodości, co Salem zaprezentował z pełnym ogniem. Żeby nagrać kilka sekund filmu pomyślałem tylko Inshallah i podniosłem telefon, ale po większej hopce postanowiłem się złapać czegoś trwałego. Ławka! Trwałego...?!? O mało nie wyleciałem razem z ławką. Wreszcie dojechaliśmy. Przeżyłem - Ma sha' Allah...

Szalona jazda z Selimem.


Weteran pustyni.


Namiot był na wskroś Beduiński, raczej w typie swobodnym, nie pod przyjmowanie gości. Salem zapytał, czy mi odpowiada. Pamiętając moje pomieszkiwanie w zuli na progu pustyni Negev, ten przybytek nie wyglądał źle! Miałem jedzenia i wody na kilka dni, więc z aprobatą przyjąłem możliwość zakotwiczenia tu na dwie noce i półtrzecia dnia.

Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym Selim pospinał kable i pojazd pamiętający lądowanie pierwszych ludzi na księżycu radośnie i równo zaterkotał, po czym pomknął w dal przez marsjański krajobraz...


Zostałem sam pośrodku niczego, choć dla mnie właśnie wszystkiego! Mam bazę, ciszę i pustkę. Tego przecież szukałem. Ogarnąłem trochę wewnętrzne tematy, czyli te maty. Widać, że gospodarz już jakiś czas nie wykonywał tu prac porządkowych, toteż by mieszkało się przyjemniej, dywaniki zostały wytrzepane z żółtopomarańczowego pyłu. Było nawet na czym usiąść, więc na długie wieczory miałem super locum. Namiot - mój własny - rozstawiony, śpiwór rozprężony w sam raz tuż przed zachodem słońca.






Gdy zakończył się Sol 2 ("Marsjanin"), o zmierzchu nadciągnęły maszyny kroczące AT-AT (Star Wars) w liczbie pięciu, poskubały ledwie widoczną zieleninę i zniknęły w gęstniejącym mroku. A ja jeszcze trochę pomedytowałem w bazie, poczekałem na zapadnięcie kompletnych ciemności, pooglądałem wiszące nad głową gwiazdy, po czym zaszyłem się w swoje pielesze, by w ciszy i spokoju zgrać oko z poduszką.







Sobota, 21 lutego 2026.


W nocy było cicho jak w rezerwacie. Gdyby jeszcze nie te stalowe ptaki z palącym się ogonem fruwające na wskroś gdzieś tam wysoko... Było cieplutko, przytulnie. Po wczorajszych wichrach nie było śladu. Jedynie delikatny i miękki poranny powiew. Trzeciego Sola obudziły mnie odgłosy kóz i psa. Wyglądam na zewnątrz, a tam nadciąga małe stadko, prowadzone przez Beduina jak z obrazka. Zawołałem ku niemu tradycyjnym Salam Alejkum, na co on odparł tradycyjnym How are you? No i tyle pogadałem z kuzynem Selima...





Gdy obrazek sprzed stuleci zniknął za skałami, zalałem małą butelkę wodą z magnezem i multiwitaminą, pociągnąłem tęgi łyk i wdrapałem się na górę pod którą obozowałem. Widoki były przednie, jako i tylne ;-) Jak sięgnąć okiem - rozległa pustynia. Gdyby nie obóz i odwiedzające go właśnie dromadery, wypatrywałbym pewnie Watneya z filmu Marsjanin, Kenobiego z Gwiezdnych Wojen, czy nawet Lawrence`a z Arabii.

Pokręciłem się po rozległych płaszczyznach i wlazłem na przeciwległy kopiec. Było jednak tak gorąco, że wróciłem do cienia na małe co-nieco.

Multiwitamina i Magnez.










Łuski 5,56x45 (.223 Rem.)



Żarełka miałem pod dostatkiem, bo zapas był przewidziany - jak wspomniałem - na tydzień. Padło więc na kurczaka curry, który był przygotowany kilka lat temu i po dokładnym wysuszeniu zapakowany próżniowo. Po zalaniu wrzątkiem i dojściu przez 20 minut, okazał się przepyszny, nie wykazując przy tem oznak nadmiernej dojrzałości. Dla porządku dodam, że i później nie zaobserwowałem żadnych atrakcji trawiennych.



Pokrywka uniwersalna :-)


Kurczak Curry R-welacja!


Pustynia miała swój nieregularny cykl dzienny. Co rusz przemykał beduiński pickup do oddalonych stad. Pojawiały się nawet dwa campery, no i wszędobylskie Camele bez filtra :-) Tym samym przeszłość spotykała się tu z teraźniejszością.



Zdjęcie sprzed 100 lat, czy współczesne...? ;-)

Dwa wypasione kampery - austriacki i szwajcarski.

Wypasione dromadery. Wszystkie beduińskie :-)


Przylatują też ptaszki, w większości małe. Zaglądają, pośpiewują, więc zrobiłem im poidełko. Pewnie znają nieco dalsze miejsca z wodą, bo co im tam przelecieć te kilka kilometrów, ale niech mają i tutaj. No i zadziałało - przylatują, popijają i jeszcze radośniej śpiewają.

Poidełko i ptaszek.


Zegar słoneczny na sporku pokazał godzinę piątą. Zrobiło się na tyle znośnie, że znowu wydrapałem się na okoliczną górkę. Wiało, ale przyjemnym lekko ciepłym wiatrem, suchym, niosącym zapowiedź nocnego chłodu. Obfotografowałem okolice, które dla Was będą mało znaczące, dla mnie zaś balsamem dla oczu. Chłonąłem tę pustkę pełną piękna i syciłem nią swą duszę. Tak, to jest miejsce w którym chciałem być, może nie wiedząc jak będzie wyglądać. Piękno natury w czystej postaci. Znalazłem też cztery klipsy z amunicji karabinowej. No, - spokojnie - jak na wojnie ;-) Gdy wróciłem na dół, gnomon wskazywał godzinę szóstą. Zbliżał się czas zachodu słońca, a także czas kolacji. Padło na puree ziemniaczane z dodatkami. Dobrze, że tym razem było przeze mnie posolone, bo kilka lat temu w górach Rumunii miałem tak mdłe, że gdyby nie Mica z Salvamontu użyczający soli z stanicy górskiej, zjadłbym to danie bez smaku. Dzisiaj zaś smakowało wybornie, choć może brakowało pełnowartościowej wkładki, ale czy ja tu przyszedłem się obżerać...?

Godzina piąta.





Łódki amunicyjne do karabinów starego typu. 


Już szósta...


Kolacja będzie po zachodzie słońca.





Gdy zaś zapadła nieprzenikniona noc, udało mi się odpalić alternatywną aplikację fotograficzną i złapać w kadr konstelację Oriona. A skoro ciemna noc, to do śpiwora i aby do rana...


Koń-stelacja Oriona. Uciąłem Betelgeuzę...



Niedziela, 22 lutego 2026.


Miał być tydzień w Wadi Rum, wyszły cztery dni. Ale przynajmniej wiem co i jak. Mam rozeznanie, pojęcie o przestrzeniach, trudnościach i świadomość funkcjonowania tu dobrych i przyjaznych ludzi, często serdecznie i bezinteresownie pomocnych, uczciwych, uśmiechniętych...

Tak nastał czwarty Sol (dzień marsjański). Lekkie śniadanie i wafelek Góralki, to recepta na dobry dzień. Zapasy wody i paszy zredukowane, więc i plecak będzie lżejszy.





Ogarnąłem jak należy gościnny namiot, zostawiłem po sobie wzorowy porządek. Aż szkoda, że nie miałem wody gospodarczej, bo byłoby na błysk. Tą drogą dziękuję Selimowi za użyczenie campu - Akramak Allah!


Nie zostawiłem nawet śladu!


Spoglądając za siebie, ruszyłem przed siebie. To zaledwie dwie godziny drogi do wioski Rum. Idę bez pośpiechu, strzelam ostatnie foty, utrwalam obrazy w pamięci. Poszedłbym jeszcze i tu czy tam, ale po tym pobycie wiem, że będę chciał tu jeszcze wrócić, utrwalić nowe przyjaźnie i poznać dalsze obszary tej pięknej pustyni, pełnej życzliwych ludzi. Dobrze się tu czułem, a tym którzy mogą tu przybyć, z pełnym przekonaniem mówię: przybywajcie! Może moje zdjęcia i opowieści będą zapowiedzią tego, co tu możecie doświadczyć, choć ja sam nie szukałem spektakularnych atrakcji turystycznych, to one tu są, tak samo jak pierwotne pustkowie i jak obrazy żywcem przeszczepione sprzed stuleci.









I znowu Rum przede mną.

Niewątpliwie, tu doprowadzili bieżącą wodę.




Doszedłem do wioski. Za mną szła para młodych ludzi i liczyłem że będziemy razem finiszować, ale zatrzymali się w sklepie w połowie zabudowań. Ja jeszcze raz uwieczniłem sklepy, parking i po odpytaniu o busa do Akaby którego dzisiaj nie będzie, ruszyłem z buta, licząc na okazję.






Tani sklep, na wjeździe po prawej.



Transport się pasie, a ja z buta!


Wyciągnąłem dłoń, po czym zatrzymało się auto z ...wędrowcami idącymi kilka chwil temu za mną do wioski! Na dodatek okazało się, że jadą do Akaby i mnie tam zabiorą. Deo gracias! Mili młodzi ludzie okazali się Czechami, a więc sąsiadami :-) Nawiązaliśmy miłą rozmowę, jak przystało na wędrowców. Okazało się, że zdobyli Jebel Umm Ad Dami (moje gratulacje) i zaliczyli 160 km przez pustynię Wadi Rum. Wyczyn zaiste godny podziwu! Do samej Akaby wymienialiśmy się opowieściami, doświadczeniami i przygodami. Miło było spotkać na koniec pobytu bratnie dusze, tym bardziej, że nie chcieli mnie tylko wysadzić po drodze, ale dostarczyli w pobliże pasa granicznego. No lepiej być nie mogło. Niech Wam drodzy przyjaciele Opatrzność to wynagrodzi dobrym zdrowiem i pięknymi szlakami. Moc děkuji!

Ja zaś bez przeszkód dotarłem do granicy, którą szybko i sprawnie przekroczyłem. Ostatnią rzeczą o której marzyłem, był gorący prysznic, co niebawem stało się faktem.

Nie zdobyłem Umm Ad Dami, ale zdobyłem wiedzę, której z przewodnika bym nie wyczytał.

Przed granicą.

Za granicą :-)


Dziękuję wszystkim, których spotkałem na drodze swej przygody pod tytułem Wadi Rum, a były to osoby dla których moje podziękowania i życzenia wszelkiego dobra płyną prosto z serca. Niech dobro jakiego od Was doznałem wraca do Was zwielokrotnione. Dziękuję!



.