Wyszedłem z domu na jedną noc. Wróciłem czwartego dnia. Tak z marszu powstał plan "Trzy noce, trzy wieże".
Wieżę na Szpilówce odwiedzam bardzo często. Aż sam się dziwię, że wciąż mnie tam ciągnie. W tym roku miało to być dwunaste wyjście, a od jej zbudowania – okrągłe trzysetne. Tak, 300 razy na wieży!
Wtorek, 28 lipca 2026.
Najpierw poszedłem do Urbanka, między innymi po wodę na jutrzejsze śniadanie. Bowiem trzysetne odwiedziny wieży połączyłem z 38-mym noclegiem tamże. Taka maksymalizacja okrągłej liczby.
Po krótkich odwiedzinach u Urbanka, na wieżę zawitałem jakąś godzinę przed zachodem słońca. Tym razem nie zabrałem aparatu fotograficznego z powodu awarii autofocusa i problemu z zoomem obiektywu. Wystarczyć miał aparat w telefonie. Nie wystarczył. Tym samym zdjęcia, jakie są, każdy widzi.
 |
| Kapliczka św. Urbana w Iwkowej. |
 |
| Późne popołudnie. Po prawej Lipnica za Duchową Górą. |
 |
| Iwkowa, widok z wieży. |
Nadszedł czas zachodu. Czyste, bezchmurne niebo przydymione mgiełką nad horyzontem, barwnie współgrało z pomarańczowym światłem jasnożółtej słonecznej kuli. Poświata wbijała się w linię widnokręgu, aż wreszcie sama tarcza zagłębiła się poniżej ciemniejącej połaci ziemi.
Na tę okazję zabrałem pozostawione przez brata zapasy rezerw strategicznych. Cierpiałem na samą myśl, że pustą butelkę będę musiał taszczyć kilometrami, ale alternatywy nie było. Finalnie wylądowała następnego dnia w koszu przy delikatesach w Rajbrocie.
 |
| Trzysta razy na wieży... :-) |
Kiedy nad zachodnią sferą zapadał zmrok z ciemnopomarańczową zorzą zmierzchu, od wschodu pokazał się księżyc jeszcze przed pełnią. Wschodził nad Iwkową, a kiedy po wczesnym zaśnięciu przebudziłem się po północy, jarzył swym bladym światłem nad barierką wprost do namiotu.
Wilków w okolicy zapewne już nie ma, bo przy takim świetle z pewnością by wyły. Co ciekawe, wiatr całkowicie ustał, a dalekie odgłosy dwóch szczekających psów i niezidentyfikowanych leśnych stworzeń, uśpiły mnie po chwili.
Środa, 29 lipca 2026.
Przed piątą, skoro świt, zadzwonił budzik. Cóż było robić... Choć bez aparatu, to jednak przyszedłem tu tak na wczorajszy zachód, jak i dzisiejszy wschód słońca. Przy ciepłym poranku nie miałem za wiele ubierania, lecz nasilający się o poranku wiatr, zmusił mnie do założenia wiatrówki.
 |
| Jeden z trzech gołębi nocujących na wieży. |
Słońce pojawiło się gdzieś nad Tarnowem. Rozciągnięte smugi leniwych obłoczków pozwoliły odróżnić dzisiejszy wschód od wczorajszego zachodu. Senna okolica szybko nabrała kolorów, a żwawe słoneczne promienie szperały po pagórkach, łagodnych zboczach, zaglądając w doliny.
Nad rozlewiskami Dunajca unosiły się białe opary, prześwietlone barwami rozgrzewającego je słońca. Oczami wyobraźni widziałem pełnie flory, a zwłaszcza fauny budzącej się także i tam do życia, tak pięknie fotografowanej przez koleżankę Renatę. Ona tak niesamowicie dzieli królestwo zwierząt ze swą uważną obecnością, że chyba kiedyś sam zrezygnuję z trzystadwudziestegosiódmego wyjścia na wieżę, kosztem odwiedzin porannych brzegów tej magicznej rzeki. A tym razem złapałem te okolice przez lornetkę.
 |
| Opary nad rozlewiskami Dunajca. |
Dzień już wstał na dobre, a czas poranka prysnął, ustępując miejsca białym obłokom rozpościerającym się niczym mackami po błękitnym niebie. Spojrzałem na moją Lipnicę i pomyślałem, że wracać w tak pogodny dzień do domu, to grzech.


Zlazłem więc na dół, usmażyłem herbatę do mojego wiernego bidonu Nalgene i wciągnąłem skromne śniadanko, z pozostałych produktów przygotowując kanapkę na później. Zabrałem więcej herbat, jakby przewidując, że moja nieobecność w domu może się przedłużyć. I chociaż zaplanowałem się na jedną noc, to moje wyposażenie wystarczało na kilka dni poza stałym miejscem dyslokacji. Jedynie nie zabrałem ładowarki słonecznej, bo zwyczajnie uznałem, że powerbank wystarczy do mojego telefonu z padającą baterią. Bo o ile sam telefon średnio był mi potrzebny, to tym razem pełnił zaszczytną funkcję aparatu fotograficznego. Przełączyłem go zatem w tryb odrzutowy, sprawdziłem, czy wszystko zabrane i ruszyłem w stronę wieży na Kamionnej. Taki bowiem ustanowiłem plan na dzień dzisiejszy.
 |
| Wieża widokowa na Szpilówce. |
Całą trasę znam w szczegółach, bo tę najbliższą przemierzałem kilkaset razy, a tę dalszą kilkadziesiąt. Wiedziałem, jak zaplanować czas, by być na szlaku jak najdłużej, a na kolejny zachód słońca przyjść z niewielkim wyprzedzeniem. Jak to dobrze się nie spieszyć :-)
 |
| Tajemnicza kałuża pod Szpilówką. |
 |
| Jeden z dwóch kibelków w pobliżu Krzyża Powstańców. |
 |
| Krzyż Powstańców Styczniowych pod Piekarską Górą. |
Mimo, iż znałem drogę niemal na pamięć, to oczywiście się rozglądałem tu i ówdzie. Przede mną wyrósł znienacka Borowik Usiateczkowany – dzięki Małgorzacie za zdalne rozpoznanie. A przed zejściem na łąki, natknąłem się na obfitość czernic zwanych jeżynami, na których żerowałem do wyczerpania dojrzałych owoców.
 |
| Borowik Usiateczkowany. |
 |
| Iwkowa Nagorze. Bacówka zatopiona w lesie. |
 |
| Czernice vel Jeżyny |
Bacówkę Biały Jeleń minąłem z marszu. Ten jakże gościnny obiekt wkomponowany w połać lasu jest prowadzony przez drugie pokolenie moich dobrych znajomych. Nie da się stamtąd wyjść głodnym, toteż nie zaglądałem, by nie obciążać żołądka, i tak już pokrzepionego co dopiero czernicami...
 |
| Bacówka Biały Jeleń w Iwkowej. |
Zejście z Rogozowej do Rajbrotu jest bardzo widokowe. Po wyjściu z lasu otwiera się szeroka panorama rozciągniętej wsi, flankowana grzbietem zalesionym po horyzont. Początkowo miałem zamiar wyjść na Kobyłę, ale musiałbym nieco zawinąć nadkładając drogi i – co istotne – omijając sklep. A zapasy miałem skromne, bo nie przewidywały dłuższej wędrówki.
 |
| Zejście do Rajbrotu i pasmo Kobyły i Łopuszy. |
Za długą stodołą posłusznie poszedłem za znakami, inaczej niż na Kobyłę swoimi drogami. Mogłem co prawda wstąpić do lokalnego sklepiku, ale od Delikatesów będę mieć bliżej do dzisiejszego celu, a więc i mniej dźwigania.
Tak też minąłem centrum wsi, zaopatrzyłem się w dużym sklepie, wciągnąłem jogurt pitny – moje wunderwaffe posiłkowe i pozbyłem się też butelki po pienistym napoju, bo poza tym staram się nie zabierać produktów, które generują śmieci.
 |
| Centrum Rajbrotu. |
Niebieski szlak zaprowadził mnie na szlakowy grzbiet bardzo przeze mnie lubiany. Łopusze Wschodnie – choć niepozorne – zapewnia kilka atrakcji. A to stare domy, zastępowane już liczniej nowymi, a to wiatę z figurą Jezu, Ufam Tobie, stary niedziałający już wiatrak i możliwość dostrzeżenia kilku szczytów Tatr przy dobrej widoczności.
 |
| Widok na Rajbrot i Dominiczną Górę przed wejściem do lasu. |
 |
| Dojście do żółtego szlaku pod Łopuszem Wschodnim. |
 |
| Widok na Dominiczną Górę i Szpilówkę spod Łopusza. |
 |
| Wiata z figurą "Jezu Ufam Tobie" na Łopuszu Wschodnim. |
 |
| Stary, niedziałający już wiatrak przy szczycie Łopusza Wschodniego. |
Wypatrzyłem też wieżę na Kamionnej – cel mojej dzisiejszej wędrówki. Ruszyłem cienistym leśnym asfaltem, napotykając znajome elementy na trasie. A na podejściu trawersem Łopusza Zachodniego, minąłem krzyż upamiętniający katastrofę małego samolotu sprzed wielu lat.
 |
| Między drzewami widoczna wieża na Kamionnej. |
 |
| Krzyż obok miejsca katastrofy lotniczej. |
Zejście z Łopuszy do Widomej zarosło trawami i chwastami. Ale jeszcze da się przejść, nie nurzając się w pokrzywach. Teraz już trafię na bliskość cywilizacji, bo lwia część ostatniego odcinka poprowadzi drogą jezdną – najpierw asfaltową, a na koniec leśną utwardzoną, choć dość kamienistą.
 |
| Zarośnięty fragment szlaku. |
 |
| Przełęcz Widoma przede mną. |
Po zejściu z drogi wojewódzkiej na dojazdową w stronę wieży, napotykam sad owocowy. Drzewa co prawda rosną za ogrodzeniem, ale ciężkie od wiśni gałęzie zwieszają się nad przydrożnym rowem. Nie mogę się oprzeć tym kuszącym darom natury i przez dłuższą chwilę moje podniebienie zachwyca się rozróżnianiem smaków od cierpkiego do słodkiego.
Tak nakarmiony prosto z natury, mijam stare stodoły i przydrożne domy. Dostrzegam lisa skradającego się wzdłuż sztachet do trzech gęsi, ale czujne oko strzegącego kura monitoruje zagrożenie i wszczyna alarm. Czy skutecznie – tego nie wiem, bo rezultat pozostał dla mnie nieznany ;-)
 |
| Wisienki :-) |
 |
| Klimat jak za dawnych lat... |
 |
| Memento Lynxi ;-) |
 |
| Monitoring ;-) |
Jest już szczyt Kamionnej, jest i wieża. Nie było daleko, więc jestem dość wcześnie. Przed szczytem jeszcze zaszedłem po wodę do pobliskiego gospodarstwa – miłej pani dziękuję.
Sięgam po moją małą lornetkę (Tasco 8x32, jeszcze na szkłach) i lustruję nieco zamglone dalsze okolice. Pamiętam lepszą przejrzystość, ale i tak da się dostrzec dalsze horyzonty, jednak bez czystych szczegółów.
 |
| Wieża na Kamionnej. |
Została nieco więcej niż godzina do zachodu. Górą wieje, więc schodzę na dół na obiadokolację. Dzisiaj szef kuchni serwuje Świderki ze Szpinakiem w Sosie Śmietanowym. Cóż, że trzy lata po terminie "Best Before...", za to na pewno w terminie "Very Good After..." :-)
Zalewam wrzątkiem, mieszam, jakby zaklinając je, by były zjadliwe i po zawinięciu odstawiam na dwadzieścia minut. Gdy dochodzą, otwieram, szybka kontrola organoleptyczna, W Imię Ojca i zajadam. Skoro to czytacie, to nie muszę wzmiankować, że przeżyłem. Było bardzo dobre i obyło się nawet bez sensacji trawiennych.
Włażę ponownie na górę. Jeszcze czas, ale powoli przedstawienie na koniec dnia, powoli się zaczyna. Ludzi przybywa, bo niedaleko do wieży da się dojechać z dwóch stron, więc dostępność obiektu jest łatwa. Niektórzy schodzą jeszcze przed zachodem, część zostaje na widowisko końca dnia, a nawet są i amatorzy późnego zmierzchu. Ja zaś rozstawiam namiot przy ostatnich poświatach i urządzam legowisko w środku.
Na dłuższe trasy zabieram ultralekkie wyposażenie. Dzisiaj mam majdan bardziej jak na jednodniówki, choć z wyposażeniem pozwalającym spokojnie przetrwać kilka dni. Plecak – cięższy. Namiot – nienajlżejszy. Śpiwór – też średniaczek. Samopompa – waży swoje. Jedynie kuchnia i utensylia minimalistyczne. Ale i tak wszystko mieści się w granicach lekkości. Nieraz bowiem obserwowałem wędrowców obładowanych jakby bez liczenia wagi, co u mnie już dawno stało się przeszłością.
 |
| Miejsce w sam raz na mój namiot. |
Wczoraj księżyc wschodził nad Iwkową, dzisiaj góruje nad Limanową. Świeci, a właściwie w pełni odbija światło słoneczne, bo w rzeczy samej właśnie dzisiejszej nocy jest w pełni.
A ja w pełni zasłużenie układam się do snu i przy akompaniamencie wiatru grającego na elementach konstrukcji, zasypiam.
Czwartek, 30 lipca 2026.
Wczoraj księżyc wstawał nad Nową Limą ;-) a dzisiaj po pobudce widzę go nad Małym Ćwilinkiem. Ale to nie on zwraca moją uwagę.
Zorze nad Łopuszem zwiastują gdzie pojawi się tarcza słoneczna. Dokładnie nad Łopuszem Zachodnim wstaje nowy dzień, choć noc już brzaskiem została godzinę wcześniej przegoniona.
Bynajmniej nie sam jeden witam nowy dzień. Wieża na Kamionnej jest bardzo popularna. Nie tylko ze względu na łatwą dostępność, ale też na rozległe i często dalekie widoki. Tatry dzisiaj mocno przymglone, ale nieraz je stąd widywałem w pełnej okazałości. Zresztą można je dojrzeć przez kamery, których cztery transmitują obraz z czterech kierunków.
Śniadanie, zapas picia i kanapka na drogę, pakowanie, sprawdzenie i można ruszać. Kamionna ma różnie podawaną wysokość. Raz jest to 801 metrów, raz 802. I te wartości można zaobserwować niemal obok siebie. Pewnie ktoś trzymał przyrząd pomiarowy na wysokości swojego instrumentu i tak mu wyszło... ;-)
Idę w kierunku Pasierbieckiej Góry i zastanawiam się, czy na rozdrożu pójść żółtym szlakiem, czy niebieskim. Przypomniałem sobie, że w ubiegłym roku szedłem z Joanną żółtym do Pasierbca, więc dzisiaj wybieram niebieski – do Tymbarku.
 |
| Las na Pasierbieckiej Górze. |
Poniżej granicy lasu rozpoznaje znajome punkty terenowe. Jednak znak na słupie przed wiatą przystankową jest namalowany co najmniej myląco. Wszak po dojściu do drogi biegnącej wpoprzek, powinienem skręcić w prawo, a znak zagina w lewo... Nie daję się zwieść temu niejednoznacznemu malunkowi i idę w prawo, ale po kilkunastu krokach w lewo. Gdybym tu już kiedyś nie przechodził, pewnie nabrałbym się na radosną twórczość znakarza...
 |
| Znajome widoki z Końca Pasierbca. |
 |
| Co mówi znak na słupie...? |
Kilometr dalej napotykam przydrożną jabłoń "papierówkę". Jak ja już dawno nie zajadałem tych smacznych i niegdyś kultowych jabłek! Kijem strząsam kilka owoców i z przyjemnością stwierdzam, że są bardzo smakowite i przyjemnie soczyste. Przy trzydziestostopniowym upale to zdobycz w sam raz na miejscu. Skoro nie pokonały mnie czernice i wiśnie, to ufam i tym zielonym jabłuszkom. I słusznie, bo mój układ trawienny zaakceptował je bez protestów.
 |
| Papierówki. |
Stare domostwa, kapliczki i inne relikty przeszłości to elementy krajobrazu, które nadają temu odcinkowi przedwieczny charakter. Cieszy mnie, że po latach nadal dodają uroku krajobrazowi, choć te dawno opuszczone zapewne znikną za jakiś czas. Ale póki co, przypominają mi lata wcześniejszych wędrówek.
 |
| Chata z dawnych lat. Jeszcze z gospodarzem. |
My tu tak gadu gadu, a ja właśnie doszedłem do Tymbarku. Miasto znane przez doceniane soki, napoje i inne produkty przetwórstwa owocowego. Proboszczuje tu także mój sąsiad, lecz dzisiaj wyjątkowo poza parafią. A ja tak się zagapiłem, że przechodzę przez miasto bez zaglądnięcia do sklepu i nie uzupełniłem zapasów! Szybka i krótka kalkulacja – do jutra przeżyję. Po drodze bowiem nie będzie już punktu zaopatrzenia poza stacją paliw, gdzie ze ściany tankuję wodę.
 |
| Zakłady w Tymbarku. |
 |
| Kościół w Tymbarku. |
Ruszam przez Łopień. Mógłbym go obejść, ale żółtym szlakiem szedłem poprzednio, więc ponownie dywersyfikuję trasę. Po drodze mijam piękne, wręcz urocze domy, nieco już epokowe, ale właśnie ich zadbana autentyczność doskonale współgra z naturą otoczenia.
 |
| Rozpoczynam podejście na Łopień. |
 |
| Ten malowniczy dom szczególnie przypadł mi do gustu. |
 |
| Stare i nowe pod Łopieniem Wschodnim. |
Mijam ostatni punkt widokowy, po czym zagłębiam się w wielką połać łopieńskiego lasu. Po półgodzinnym podchodzeniu trawersem Łopienia Wschodniego, natrafiam na skąpe źródełko. To jedyny ciek wodny toczący skromne ilości wody. Półtoralitrową butelkę mam pełną, więc nie skorzystałem. Pewnie musiałbym poczekać kilka minut na napełnienie.
 |
| Ostatni punkt widokowy pod Łopieniem Wschodnim. |
 |
| Jedyne źródełko na szlaku. |
Na grzbiecie przechodzę przez kolejne polany. Wszędzie sucho, a przecież pamiętam, że właśnie tu napotykałem na bagna i mokradła. Suchy rok, upały, to i stosunki wodne się zmieniają. A pamiętam obfity potok napotkany niegdyś po drodze, zaś teraz łożyska strumieni suche...
 |
| Myconiówka. |
 |
| Polana Jaworze. |
 |
| Łopień Zachodni. |
Przy Polanie Jaworze najpierw zaglądam na punkt widokowy. Lata temu spałem tu, karmiąc myszkę polną by nie przegryzła się do namiotu po zapasy. Poświęciłem wtedy ćwierć bułki, ale może dzięki temu nie miałem nieproszonej lokatorki.
Dzisiaj widoki znane i lubiane, zwłaszcza Śnieżnica oddzielona drogą na Przełęcz Gruszowiec od Ćwilina, za którym wyłania się Łuboń Wielki, a jeszcze za nim Babia Góra.
 |
| Punkt widokowy na stronę zachodnią. |
Pod wiatą smażę kolejną herbatę, zastanawiając się, gdzie uzupełnię zapasy wody. Upał jest niemiłosierny i nawet moje oszczędne nawadnianie się, tym razem zostaje zrewidowane i pochłaniam więcej płynów niż zazwyczaj. Na zejściu do Przełęczy Rydza-Śmigłego wody brak, na samej przełęczy budka typu foodtrak, ale ja bazuję na wodzie darmowej, ogólnodostępnej. Przypominam sobie źródełko pod Polaną Stumorgową na Mogielicy i przyjmuję tę lokalizację jako punkt uzupełnienia zapasów wody.
 |
| Jeden Łopień, kilka wysokości... |
 |
| Jeden Łopień, kilka wysokości... |
Na przełęczy, czyli w Chyszówkach, sprawdzam na jutro opcję transportową. Jakby co, to o ósmej mam busa do Limanowej. Z marszu przecinam drogę i rozpoczynam podejście na Mogielicę. Skoro przespałem dwie noce na dwóch wieżach, to może i do trzech razy sztuka...
 |
| Chyszówki, Przełęcz Rydza-Śmigłego. |
 |
| Zachodnie zbocze Mogielicy. |
 |
| Polana Mocurka |
 |
| Zaczyna się konkretne podejście na Mogielicę. |
Dary natury nie ograniczyły się do czernic, wiśni i papierówek. Polana Wyśnikówka darzy jeszcze borówkami – czarnymi jagodami. Jest ich sporo, choć w większości nieco drobniejsze niż na nizinach, ale po półgodzinnych zbiorach mogę stwierdzić, że na dzisiaj wystarczy.
Rozglądam się jeszcze z mojej ulubionej polany, na której też sypiałem i schodzę do niebieskiego szlaku, którym po opuszczeniu go dochodzę w pobliże Stumorgowej i schodzę o jedną leśną drogę niżej.
 |
| Borówki z Polany Wyśnikówka. |
 |
| Na Polanie Wyśnikówka. |
 |
| Widoki na zachód z Wyśnikówki. |
 |
| Trawers szczytu do Stumorgowej. |
Niemal z pamięci znajduję małe źródełko, bardzo skromne, ale wystarczające, by napełnić butelkę w pół minuty. Wychodzę na Polanę Stumorgową. Ta piękna rozległa polana stała się miejscem kontrowersyjnej zabudowy. Choć kontrowersje sięgnęły kilku instancji, w roku 2025 inwestor nadal próbuje eskalować możliwości kontynuowania dalszej zabudowy polany.
 |
| Źródełko pod Mogielicą. |
 |
| Polana Stumorgowa i wiata. |
 |
| Polana Stumorgowa i kontrowersyjna zabudowa. |
Po stromym leśnym podejściu stanąłem na szczycie Mogielicy. Pamiętam czasy, kiedy nie było tu jeszcze pierwszej drewnianej wieży, kiedy po latach i ona odeszła do przeszłości, aż wreszcie postawiono tę istniejącą współcześnie. Konstrukcja bardzo podobna do tej z Kamionnej, choć miejsca na niej nieco mniej na namiot.
Póki co obserwuję okolicę przez lornetkę, a kolejne fale ludzi przewijają się przez podest widokowy.
Wczorajsze zamglenie z Kamionnej dzisiaj jakby nabrało mocy. Tatry będące indeksem odniesienia, teraz są słabiej widoczne, choć jestem od nich bliżej niż wczoraj. Ale kontury są, więc nikt tych skalistych gór nam nie ukradł ;-)
 |
| Widok z wieży na Polanę Stumorgową. |
Czas na obiadokolację. Łazanki z Kapustą i Pieczarkami czekały trzy lata po dacie, ale się doczekały. Także i po nich żołądek nie protestował :-)
 |
| Very Good After... :-) |
Ludzi na wieży przybywa, a spektakl zachodzącego słońca można uznać za rozpoczęty. Wzmaga się wiatr i znowu pakuję się w wiatrówkę, tym bardziej, że zostanę tu już do nocy.
Słońce zachodzi nad Ćwilinem. A to moja ulubiona góra na, której biwakowałem już wiele razy. Jest tam też woda, co dla mnie stanowi duży atut, bo lubię podchodzić na lekko, zwłaszcza gdy planuję i kolację i śniadanie, do czego woda jest potrzebna...
A tymczasem Ćwilin połknął słońce, na co wskazują błyski na szczycie Polany Michurowej. Niewątpliwie i tam ktoś nocuje, bo światełka co i rusz błyskają.
 |
| Słońce nad Polaną Michurową na szczycie Ćwilina. |

Ja zaś rozstawiam namiot i chcę go dobrze ustabilizować, bo wicher rozpędził się na dobre. No i tu zdarza się awaria. Ostatni segment stelaża wyłamuje się na łączeniu. I to nie przez nadmierne naprężenie, a przez przesunięcie się tulei łącznikowej, która wsuwając się w ostatni segment, wystaje nie na swą normalną długość, a zaledwie na niecały centymetr, co powoduje wyłamanie wlotu do przedostatniego segmentu... Wicher wieje w najlepsze, ciemność zapada, a ja mam namiot, który się zapada. Na szczęście w futerale z kotwiczkami do podestu mam kilka zapasowych gumek i haczyków i udaje mi się na tyle ustabilizować końcówkę stelaża, że po zluzowaniu napięcia stelaża ten odciągany po bokach i do wnętrza łuku, trzyma się stabilnie nad wyraz dobrze. Obawiałem się, że trzaśnie za minutę, ale widać miałem dobry zamysł i równie dobre wykonanie, bo wytrzymał do rana :-). A trzeba wiedzieć, że do rana wiało bardzo mocno, co widać po napompowanym poszyciu.
Popatrzyłem też na nocne niebo z księżycem zaraz po pełni, policzyłem gwiazdy i ostrożnie wpełzłem do mojego zielonego pałacyku, dbając, by nie naruszyć pokleconej doraźnie konstrukcji.
 |
| Widoczny stelaż wyłamany na ostatnim segmencie. |
Piątek, 31 lipca 2026.
Jak wspomniałem, wraz z namiotem wytrwaliśmy do rana :-) Kiedy tylko otworzyłem połę wejściową, łopot zaczął szarpać namiotem, więc nie czekając na destrukcyjne działanie wichrów, rozpiąłem wczorajszą dzielnie wytrzymującą prowizorkę naprawczą i zwinąłem majdan. A właściwie, to samo zwijanie namiotu wykonałem na dole, bo przy wichurze zrobienie tego jednoosobowo na górze uznałem za niecelowe, czy wręcz niemożliwe.
Tymczasem poranne zorze zasygnalizowały kolejne rozpoczęcie słonecznego dnia. Smugi porannego zamglenia komponowały się z sennym wschodem na tle szarości, zabarwionej nieco wyżej czystszymi pomarańczami we wszystkich tonacjach.
Sprawdziłem przejrzystość, która dzięki niczym niehamowanym wichrom nadała dalszym horyzontom lepszą niż wczoraj widoczność. Właśnie Tatry pokazały się nieco wyraźniej, aczkolwiek jeszcze daleko im było do pokazania się w pełnej krasie. Niemniej, wszystko co można było zobaczyć w oddali, to albo się prezentowało wystarczająco dobrze, albo przynajmniej symbolicznie zaznaczało swoją obecność.
 |
| Tatry ledwie widać, ale widać. |
 |
| Masyw Turbacza i dalsze pasma. |
Skoro już plecak miałem spakowany a ciało przewiane, udałem się na dół na pozostałości stanowiące namiastkę śniadania. Dwie małe kromki chleba pełnoziarnistego z pasztetem i wafelek Góralki, całkiem nieźle rozgościły się w moich trzewiach. Gdy ten skromny posiłek zalałem świeżą gorącą herbatą, byłem gotów do wyruszenia w drogę powrotną do domu. Awaria stelaża i resztka prądu w telefonie i w powerbanku zasugerowały przyjęcie kierunku powrotnego.
Jeszcze przez chwilę myślałem o Modyni, bo tam konstrukcja pozwala na spanie na górze wieży bez namiotu, podobnie jak to miałem na Gorcu. Jednak koniec końców uznałem, że Operacja Trzy Wieże, Trzy Noce została wykonana i zakończona sukcesem i mimo to bez pełnego przekonania i z pewnym żalem ruszyłem ku przystankowi w Chyszówkach. Przed wyruszeniem oddałem jeszcze pozostałą wodę trzem dziewczynom, które na Stumorgowej obserwowały nocą spadające gwiazdy.
A na dwie minuty przed zejściem do pierwszej polanki Bajorzyska na dole zbocza, bije malutkie źródełko, więc i tam można nabrać wody, choć potrzebne jest naczynie do zaczerpnięcia. Dla orientacji – jeszcze niżej z małą szopką pod drzewem jest polana Mocurka, za którą schodzi się na osiedle Do Sarysza.
 |
| Wyjątkowo spakowany po wschodzie słońca :-) |
 |
| Herbata dla mnie, woda dla dziewczyn. |
 |
| Źródełko na drodze ponad Polaną Bajorzyska. |
 |
| Polana Bajorzyska. |
 |
| Polana Mocurka |
A na Przełęczy Rydza-Śmigłego w Chyszówkach byłem piętnaście minut przed odjazdem busa, którym dojechałem do Sowlin. Łapanie okazji – zwłaszcza bez powodzenia – jest zajęciem nudnym, więc po każdych dziesięciu nieudanych próbach szedłem do kolejnego przystanku i tym samym dopiero na przystanku Młynne III zatrzymał się młody człowiek, który – jak przyznał – był dzień wcześniej rowerem na Modyni, co bodaj sprawiło, że widząc gościa z plecakiem, w ramach górskiej solidarności zabrał mnie i nawet lekko odbijając ze swej trasy, podrzucił do Lipnicy. Po drodze oczywiście były górskie tematy, a więc ludzie gór – górą! :-) Dzięki wielkie przyjacielu!
Poniżej rozkład busów z Chyszówek, rozkładu okazji brak :-)
Poszedłem na nockę, wróciłem czwartego dnia... :-)