Kiedy planowałem przejście wokół masywu Mont Blanc, mój harmonogram zakładał 11 dni intensywnego marszu. Góry jednak rządzą się swoimi prawami, a okoliczności i tempo, jakie narzuciłem od pierwszego etapu, pozwoliło mi skrócić ten czas do 9 dni.
Nie przyszło to jednak bez wysiłku. Trasa TMB to nieustająca walka z przewyższeniami – każdego dnia suma podejść i zejść przypominała o tym, że alpejskie szlaki nie wybaczą słabości. Wymagało to pełnej koncentracji, żelaznej dyscypliny w zarządzaniu wagą mojego sprzętu (ultralight znów zdał egzamin) oraz precyzyjnego planowania logistyki między poszczególnymi kempingami.
Największym sprzymierzeńcem okazała się pogoda. Przez niemal całą drogę towarzyszyło mi palące słońce i bezchmurne niebo. Gorące, alpejskie dni były intensywne, a opady deszczu – mimo prognozowanych załamań – ograniczyły się do zaledwie kilku przelotnych chwil, które w żaden sposób nie wpłynęły na tempo marszu.
W tym wpisie dzielę się nie tylko wrażeniami z trasy, ale przede wszystkim praktycznym spojrzeniem na infrastrukturę, z której korzystałem jako niezależny wędrowiec. Przygotowałem zestawienie standardu pól namiotowych, które napotkałem na swojej drodze – być może moje spostrzeżenia ułatwią Wam planowanie własnej przygody na TMB.
* * *
Podziękowanie dla sponsora / Thanks to the sponsor
Dear Alec,
Thank you so much for your generosity, which enabled me to complete this trail and organize the entire project. Without your support, this would have been impossible.
I dedicate this post to you and to the memory of your father, Peter.
Thank you from the bottom of my heart.
* * *
Jakość fotografii.
Z uwagi na konieczność ograniczenia wagi wyposażenia, nie zabrałem na szlak pełnowymiarowego aparatu fotograficznego, który zresztą wraz z obiektywem (D3300 + 18-105) ma problem z celnością autofocusa, obiektyw zaś utracił VR i kończy mu się ślimak zoomu. miał być też nowszy telefon, lecz i to nie wyszło. Zostałem ze starymi dwoma, które ledwie dawały radę. Tym samym przepraszam za jakość fotografii.
* * *
Planowanie, planowanie, planowanie.. Ileż to dni spędziłem nad mapą i w internecie. Dojazd, zaopatrzenie, etapy. To wszystko u mnie było podpinane w szczegółach, zostawiając miejsce na plan "B". Kiedy już zdawało się, że jestem gotów, wysłałem wiadomość do Małgorzaty i zapytałem, czy chciałaby dołączyć. Tak oto wyklarował się dwuosobowy zespół i przeszedłem do fazy realizacji.
Dojazd do Krakowa na lotnisko Balice, przelot linią WizzAir do Mediolanu Malpensa, przejazd FlixBusem do Courmayeur (choć zaplanowany był Chamonix), uzupełnienie zaopatrzenia jak najwcześniej i wyruszenie na trasę.
 |
| W pudle dwa plecaki, a na nim bagaż podręczny do przepakowania. |
 |
| Plecak w konfiguracji na szlak. |
 |
| Na lotnisku Milan Malpensa można spać gdzie się da :-) |
 |
| Autobusy przy samym terminalu. |
 |
| Informacja i sprzedaż biletów autobusowych w Courmayeur. |
 |
| Widok z szerszej perspektywy. |
Dzień pierwszy, 25.06.2026.
Odcinek: Courmayeur Italia - schronisko Pa Peule Szwajcaria.
Dystans: 26 km (dojazd do Val Ferret autobusem), pieszo z odbiciami - 10 km.
Przewyższenie: 770 m. ↑
Suma zejść: 443 m. ↓
Pole namiotowe: Le Peule - 18€ / osobonamiot.
W Courmayeur dokupiłem kartusz z gazem - 230g za 8€, trzy bułki za 0.90€ i od razu bilety powrotne liniami Ariva przez Aostę na lotnisko Malpensa.
Stojąc tak obok informacji turystycznej i głównego przystanku autobusowego na pętli będącej namiastką dworca, zauważyliśmy grupę plecakowców, systematycznie powiększającą się przy jednym ze stanowisk. Okazało się, że korzystając z darmowego autobusu, możemy przejechać asfaltowy odcinek do doliny Val Ferret, z czego postanowiliśmy skorzystać. Przy znacznym podejściu na pierwszym etapie wędrówki, była to istotna oszczędność sił, by pierwszego dnia nie sforsować się nadmiernie. Po kilkunastu minutach wysiedliśmy na końcowym przystanku.
 |
| Autor przy pierwszym znaku TMB. |
 |
| Val Ferret. |
W pobliskim schronisku / hotelu Chalet Val Ferret uzupełniliśmy wodę na dalszy marsz i ruszyliśmy pod górę. Alpy, nawet na tych niższych i łagodniejszych odcinkach potrafią pokazać, że podejść z pewnością tu nie zabraknie. Udeptane ścieżki, wytarte znaki i ślady na moście śnieżnym prowadziły nas mozolnie pod górę. Gdy zza wzgórka wyłoniła się sylwetka schroniska Elena, zgodnie zarządziliśmy przerwę na kawę. Właściwie była to przerwa na spokojne kontemplowanie widoków, które z każdej strony prezentowały się dumnie i majestatycznie. Przy okazji dowiedziałem się, że można tu biwakować za 15€ od namiotu jednoosobowego. Później, na jednym z dalszych campingów usłyszałem, że poza miejscem na namiot, brakowało ciepłej wody, prądu i WiFi, więc standard był surowo górski.
 |
| Most śnieżny, ale stabilny. |
 |
| Schronisko Elena. |
 |
| Alpejskie krajobrazy :-) |
 |
| Przepiękny widok w dół doliny Val Ferret. |
Mimo wysokości 2055m, nadal można było czuć upał, który w tym regionie panował już od dłuższego czasu. Tym samym odpoczynki były konieczne, by nie przepocić się zbytnio i zachować kondycję na stabilnym poziomie.
 |
| Góry i chmury. |
Przełęcz Col Grand Ferret znajdowała się na wysokości 2537 m. Wyszedłem jeszcze na sąsiednie wzniesienie 2545 m, skąd nie chciałem schodzić, pasąc oczy obłędnymi widokami. Nieco poniżej na zawietrznej znalazłem małe wypłaszczenie, gdzie rozłożyłem ślepą podłogę namiotu, by sprawdzić, czy by się tu zmieścił namiot, co się potwierdziło. Taka miejscówka to creme de la creme moich planów, jednak Małgorzata optowała za zrobieniem jeszcze kilku kilometrów na stronę szwajcarską, a i czas jeszcze spokojnie na to pozwalał. Dodatkowo niebo się zachmurzyło, zatem biwak na wysokości niekoniecznie byłby dobrym pomysłem. Tym samym na przełęczy przekroczyliśmy granicę ze Szwajcarią i łagodnym zejściem podążaliśmy ku następnej lokalizacji biwakowej.
 |
| Dałoby się zabiwakować! |
Północne stoki poszarpanych skalnych grani zachowały jeszcze całe połacie śniegu na swych zacienionych zboczach. Wysoka temperatura była tu wyraźnie łagodzona tak wysokością, jak i chłodzącymi porywami wiatrów, niepodzielnie panujących nad szczytami. Jedyne pole śnieżne, które pokonaliśmy tuż za przełęczą, było łagodnie nachylone i mocno przedeptane, tak że i tu i na następnych nie było potrzeby posiadania i zakładania raczków.
Niebawem otworzyła się przed nami obszerna dolina w formie głębokiego kotła. Była pięknie okolona wysokimi graniami niczym koroną króla gór. A dla nas ukoronowaniem dnia było dotarcie do schroniska La Peule, gdzie za 18€ mogliśmy rozstawić namioty pod dużym namiotem imprezowym. Nie skorzystaliśmy natomiast z opcji śniadania na następny dzień, mając jeszcze nienaruszone zapasy własne.
W schronisku mieliśmy dostęp do toalet, pryszniców z ciepłą wodą, WiFi i gniazdek z prądem, były stoliki z ławami, zatem nie brakowało niczego, co górski wędrowiec potrzebuje i potrafi docenić. Dostałem także darmowy wrzątek do wieczornej herbaty, więc spokojnie mogę pochwalić obsługę, a schronisko - u mnie jako pole namiotowe - spokojnie polecić.
 |
| Ser z Polski, bułki z Italii, śniadanie w Szwajcarii :-) |
 |
| Z takim widokiem smakuje ...smakowicie! :-) |
 |
| Naturehike CloudUp 1 Małgorzaty i mój Big Agnes Fly Creek 1 Platinum |
Dzień drugi, 26.06.2026.
Odcinek: Schronisko Pa Peule Szwajcaria - Champex Lac Szwajcaria.
Dystans: 22 km.
Przewyższenie: 463 m. ↑
Suma zejść: 1052 m. ↓
Pole namiotowe: Roccailles - 24€ / osobonamiot.
W nocy trochę polało i omijając dolinę, okolicznymi graniami przeszła burza. Duży namiot ochronił nas, więc indywidualne namioty pozostały suche. Chmury jeszcze przesłaniały błękit nieba, ale dzień zapowiadał się pogodny, zgodnie z prognozami.
Na śniadanie zapodałem sobie szakszukę, przygotowaną kilka lat temu. Pamiętam, że na żółtym szlaku w Sudetach miałem też pakiet z tej samej serii i była niesamowicie przesolona. Nie inaczej było i tym razem, aż dziw, że zjadłem ją do końca. Za to chęć nawadniania wyraźnie wzrosła :-)
 |
| ...bo szakszuka była za słona... ;-) |
Wyruszyliśmy niemal z ostatnimi wędrowcami. Poranne chmury szybko ustąpiły ulotnym obłoczkom na błękitnym niebie. Biwakując w połowie stoku, spokojnie schodziliśmy w dolinę wyrzeźbioną wartkimi nurtami zimnego górskiego potoku, wartko toczącymi swe spienione wody. Gdy za mostkiem przywitała nas nawierzchnia asfaltowa, pojawiły się samochody i coraz więcej oznak zagęszczającej się cywilizacji.
 |
| Urzekające szwajcarskie doliny... |
Szwajcarska wioska Ferret - od której nazwę przyjęła graniczna przełęcz - była senną, luźno wzdłuż drogi rozciągniętą osadą. W centrum napotkaliśmy niewielki hotel i co charakterystyczne - poidełka z pitną wodą, obecne później też w każdej mijanej miejscowości. Jednak prawdziwą perełką był malutka kaplica Matki Boskiej Śnieżnej, którą obejrzeliśmy z zewnątrz i wewnątrz, chwilę odpoczywając w jej cieniu.
 |
| Poidełko. Z wyglądu taka nazwa przyszła mi do głowy. |
 |
| Kaplica Matki Boskiej Śnieżnej. |
Mijając stada pasących się krów i luźno usytuowanych przy drodze zabudowań, doszliśmy do małego miasteczka La Fouly. Lokalizacja miała cechy małego kurortu z bazą noclegową, sklepami i informacją turystyczną. Było oczywiście i poidełko, a na końcu miejscowości pole namiotowe. Mając jednak świadomość, nie zapoznawałem się z żadnymi cenami, chcąc pozostać w błogim przeświadczeniu, że Szwajcaria ze swą czystością i urodą, jest też przyjazna dla kieszeni ;-)
 |
| Przed nami La Fouly. |
 |
| Cen jakoś nie chciałem poznać... |
Gdy przeszliśmy na drugą stronę potoku, szlak ponownie przybrał charakter terenowy. Ostrzeżenia o żądlących pszczołach, wezbranych potokach przybierających bez ostrzeżenia i wąskie percie biegnące w poprzek stromego zbocza, nieco zaburzyły sielankę Helvetii. Ale już wielokaskadowy wodospad huczący spod wysokich szczytów, pozwalał docenić piękno surowej okolicy, prowadzącej w dół szerokiej doliny.
 |
| Fabryka alpejskich miodów :-) |
 |
| Wielokaskadowiec. |
 |
| Nie ma się czego bać. |
Znaki znowu poprowadziły do kolejnej osady. Królowała tam niepodzielnie stara drewniana zabudowa. Zdało się, że przemierzamy żywy skansen, do którego dobudowano współczesne budynki mieszkalne.
Dostęp do wody pitnej także tu funkcjonował.
Za kolejnym miasteczkiem skończyła się dolinowa sielanka. Za wioską znaki pokazały kierunek pod górę, po przecież ciągle w dół doszlibyśmy do piekła, a tak to z pewnością Szwajcaria się nie identyfikuje ;-) Trochę wcześniej, widząc dom wysoko na górskiej hali, zastanawialiśmy się, kogo tak wysoko poniosło, a po gorącej wspinaczce przyszło nam niemal zapukać do jego drzwi. Trzeba przyznać, że dzień był rzeczywiście upalny i nawet leśny cień nie dawał spodziewanej ochłody. Dopiero poidełko tuż nad domostwem pozwoliło na chwilę wytchnienia przy obfitym nawodnieniu.




Ostatnie kilometry przed Champex-Lac to nie tylko walka z własnym tempem, ale też niezwykłe zestawienie natury z historią. Tuż obok ścieżki, wciśnięty w surową skałę, znajdował się relikt zupełnie innej epoki – wejście do militarnej fortyfikacji z czasów zimnej wojny. Surowe stalowe drzwi i drabina prowadząca w głąb skały stanowią kontrast dla sielankowego widoku na dolinę, który otwiera się niemal zaraz po zejściu do głównej drogi prowadzącej do Champex-Lac.
 |
| Wlazłem, ale było zamknięte. |
Jest i jezioro Champex. Aby określić rangę miejsca, wystarczy tylko spojrzeć na przejeżdżające samochody. Stare i nowe najbardziej luksusowych marek świadczyły, że i kurort należy do grona prestiżowych. Wrażenie to podkreśliła wizyta w bulanżerii, gdzie za dwie bułeczki wielkości małej kajzerki i rogalik croissant bez nadzienia wypłaciłem 4.80€. Jak szaleć, to szaleć ;-)
Ale żeby nie wyszło, że to jednorazowy eksces finansowy, pole namiotowe przywitało nas kosztem noclegu na równie godnym poziomie - 24€ od głowy... Fakt, że było wszystko co trzeba, no ale ponad stówka złociszy za najmniejszy namiot we wsi... Przynajmniej głaskanie kota było darmowe :-)
 |
| Jezioro Champex - szwajcarskie Morskie Oko. |
 |
| AlpenKot ;-) |
Dzień trzeci, 27.06.2026.
Odcinek: Champex Lac, Szwajcaria - Trient, Szwajcaria.
Dystans: 17 km.
Przewyższenie: 727 m. ↑
Suma zejść: 880 m. ↓
Pole namiotowe: Le Peuty - 8€ / osobonamiot.
Po spokojnej nocy trzeba było ruszyć w dalszą trasę. Zdjąłem moje sześciogramowe kapcie (12g para) i ruszyłem do kuchni. Po wczorajszej owsiance zabrałem się za przygotowanie śniadania i drugiego śniadania na drogę. Polskie salami stworzyło duet z bułeczkami na potem, a rogalik wpadł na teraz. Obfite nawodnienie i przygotowanie elektrolitów z magnezem dopełniło czarę słodyczy ;-)
Małgorzata, jako klasyczny ranny ptaszek, na szlak wyruszyła wczesnym rankiem, ja zaś dosypiający nad ranem i niespieszący się ze zwijaniem majdanu, wystartowałem wyraźnie później. Z tej to przyczyny tam gdzie szedłem solo, używam liczby pojedynczej. Gdy zaś szliśmy razem - co zdarzało się niekiedy rzadko przed południem - używam w opisach liczby mnogiej. Tę konwencję zachowam do końca opowieści.
 |
| Klapki superultralekkie, ale rozróżniałem awers/rewers leżącej monety ;-) |
Przejście przez szwajcarskie alpejskie doliny było sielskie - anielskie. Pojedyncze domki, łagodna trasa bez wzniesień, woda pitna - to wszystko stanowiło o uroku na tym etapie wędrówki. Gdy już począłem wspinać się wyżej - co każdego dnia było nieuniknione - za pierwszym podejściem natknąłem się na ciekawy widoczek. Otóż na łagodnym trawiastym wzgórku, na którym królował spory drewniany krzyż, pasły się i przeżuwały na leżąco - święte krowy! ;-) No, przynajmniej takie skojarzenie przyszło mi na myśl. Aż szkoda, że w ramach oszczędności wagi nie zabrałem aparatu (zresztą i tak nie łapał już ostrości, a obiektyw zacinał się na zoomie), bo na zbliżeniu łatwiej by było wyodrębnić temat planu.
 |
| Święte krowy :-) |
Niewiele dalej rozsiadła się górska knajpka, ale już nie chciałem szokować się cenami, minąwszy ją z marszu i uzupełniając płyny w pobliskim poidełku. Czekała tu na mnie towarzyszka górskiej doli. Wiedząc, że czeka mnie konkretne podejście, wciągnąłem żel energetyczny przywieziony z biegów terenowych w Eilacie i z determinacją zdobywcy szczytów, nacisnąłem na podeszwy i kijki :-)
 |
| Znowu nie sprawdzałem cen. |
Góra zdawała się nie mieć końca, ale wreszcie po długim marszu i krótkim jego opisie, wśród palących promieni słonecznych, osiągnęliśmy pułap 1987 m. i kolejne schronisko - Bovine.
 |
| Pole śnieżne, łatwe do przejścia. |
Tak wysokość, jak i pora dnia pozwalały, by naruszyć zapasy żywnościowe przeznaczone na tę okazję. Wraz z Małgorzatą dołożyliśmy jeszcze kilkanaście metrów przewyższenia, zasiadając w cieniu pobliskiej stodoły. W tak pięknych okolicznościach przyrody, smakowite drugie śniadanie ze słodkim dodatkiem wafelka, podniosły morale i siły na dalszą wędrówkę. Woda z narożnego kranu zapewniła należyte nawodnienie, zatem po chwili spokojnej sjesty, nogi poniosły na dalszą część dzisiejszego etapu. Niemal zgodnie z regułą, Małgorzata wyruszyła wcześniej.
 |
| Polskie salami i szwajcarskie bułki. To musi być pyszne! |
 |
| Góralki w górach :-) |
Czas był dobry, a nawet bardzo dobry. Takoż po dwóch godzinach z hakiem wyhamowałem na decathlonowskiej przełęczy Forclaz. Kolejna chwila na odsapnięcie, zapoznanie się z propozycjami okolicznych szlaków i konsekwentny wybór tego dotychczasowego, skierował nas na zajście ku dolinie osady Trient.
 |
| Przełęcz Forclaz. |
 |
| Ja mam tylko jeden kierunek. |
Już z wysoka i daleka dostrzegliśmy nasze kolejne pole namiotowe na skraju miejscowości. Jeszcze kilka żmudnych zakosów z czujnością, by nie zgubić meandrującego szlaku i meldujemy się w recepcji.
 |
| Będziemy kimać na lewym skraju doliny. |
No i tu przyjemna odmiana od drożyzny - cena za nocleg to jedyne 8€ :-) Co prawda za półtoraminutowy prysznic trzeba dopłacić 1 CHF, ale te bazowe osiem eurasów przemawia pozytywnie.
Po objęciu w chwilowe władanie dwóch metrów kwadratowych pod mój srebrny pałacyk, ruszyliśmy z Małgorzatą w dół doliny ku strzelistej wieży kościoła. Jutrzejsza niedzielna msza święta była zaplanowana przed południem, co dla nas byłoby nieco za późno. Niemniej nawiedziliśmy otwartą piękną świątynię, po czym powróciliśmy w rejon namiotowego noclegu.
 |
| Kościół w Trient. |
Wróciliśmy w porę. Widać już było gromadzące się na niebie groźne chmury. Ledwie zdążyliśmy przygotować wieczorny posiłek, chmury zagęściły się i przyszła ulewa. Po krótkim czasie ulewa przekształciła się w grad, którego kulki miały rozmiary grochu i smagały rozstawione namioty oraz wdzierały się, zacinając do wiaty obozowej. Jak wszystkie takie nawałnice, jej impet osłabł po kilku długich minutach, aż wreszcie po kolejnych kilkunastu opady ustały i zaczęło się przejaśniać.
Mój namiot, jak i większość przetrwał nawałnice, jednak mokry tropik jak to bywa przy stosowaniu materiałów silikonizowanych, nieco się naciągnął. Po dokładnej inspekcji znalazłem jedną dwumilimetrową dziurkę w tropiku, co i tak uznaję za dobry wynik, widząc, jak lodowe pociski atakują naziemne obozowisko.
Kupiłem jeszcze w sklepiku przy recepcji bagietkę za 3€ i po dociągnięciu odciągów namiotu, zaszyłem się w moim delikatnym schronieniu.
Noc minęła spokojnie.
 |
| Waliło gradem aż bębniło! |
Dzień czwarty, 28.06.2026.
Odcinek: Trient, Szwajcaria - Argentiere, Francja.
Dystans: 17 km.
Przewyższenie: 926 m. ↑
Suma zejść: 1037 m. ↓
Pole namiotowe: Camping du Glacier - 13.2€ / osobonamiot.
Wilgoć nad ranem była wszechobecna. Trzeba było najpierw potrząsnąć energicznie połą wejściową tropiku, by strząsnąć nadmiar kropel z powłoki namiotu. Suszyć nie było jak, bowiem gęsta wilgoć nadal wisiała w powietrzu, a do głębokiej doliny słońce nie zagląda zaraz po wschodzie...
Znalazłem pozostawiony kartusz z resztką gazu, który dzięki przetoczce ważącej jedyne 22 gramy, przelałem do swojego kartusza. Tym samym niemal zawsze miałem pełny zbiornik na innych biwakach, gdzie zawsze coś pozostawionego się znalazło.
Oczywiście śniadanie, bagietka pokrojona z dodatkami na drugie śniadanie, pakowanie nadal mokrego namiotu i w drogę!
 |
| Dzięki przetocze, gazu nam nigdy nie brakowało. |
Wyjście z Trient / Le Peuty było przez pierwszy kilometr po płaskim, w sam raz na rozgrzewkę. Jednak patrząc od wczoraj po okolicznych górach, miałem świadomość, że i dzisiaj czeka niezły odcinek pod górę, co było oczekiwanym faktem. Strumyk ujęty w formę poidełaka sugerował, że jest to woda pitna, co potwierdziłem kilkoma łakomymi łykami. Bowiem poranna wilgoć została gdzieś tam w dolinie, a na coraz wyższym pułapie królowało mocno grzejące słońce, które zamieniało dopiero co wypite płyny w strugi potu spływające po ciele. I, mimo że moja filozofia nawadniania zakłada oszczędne gospodarowanie wodą, to jednak upał i wysokość wymuszały obfitsze uzupełnianie płynów.
 |
| Piłem i przeżyłem. |
Powyżej granicy lasu pojawiły się kamienne budowle, sprawiające wrażenie opuszczonych. To Les Herbagères - dawne stajnie, obecnie opuszczone. Wewnątrz porzucony namiot z połamanym stelażem i mokry śpiwór syntetyczny. Możliwe, że ktoś biwakował tu na zewnątrz wczoraj w trakcie burzy gradowej i jego namiot uległ nawałnicy, po czym schronił się do tej stajni.
Nieco powyżej widać już przełęcz Col de Balme z budynkiem schroniska. Wiele osób tu odpoczywa, także i Małgorzata, zatem przy stoliku zasiadam i ja. Korzystając z przerwy, słońca i wiatru, wyciągam mokry namiot i pozwalam mu się wysuszyć. Uzupełniam wodę z sączącą się leniwie z rurki, po czym spotykam parę sympatycznych Polaków i robimy sobie foty na tle dumnie prezentującego się masywu Mont Blanc. Spotkam ich jeszcze później w Argentiere, a tymczasem korzystam z pogody dla namiotu i widoków dla siebie, coś skromnego wrzucając na ruszt ;-)
 |
| Majne ajne klajne tropik ;-) |
 |
| Nasi mili polscy przyjaciele szlakowi :-) |
 |
| Mont Blanc objawiony, zachmurzony. |
Przełęcz - jak to już było i wcześniej - jest zarazem granicą szwajcarsko - francuską. Stanowi także zwieńczenie Doliny Chamonix, która ciągnie się właśnie opadając od przełęczy i znika między masywem Mont Blanc po lewej a Aiguilles Rouges po prawej, gdzie poprowadzi mnie dalszy ciąg szlaku. Zatem po chwili odpoczynku zwijam suchy już namiot i startuję ku zejściu nieco niżej.
 |
| Masyw Mont Blanc – Dolina Chamonic – Aiguilles Rouges. |
Idę i idę, kilometry mijają, a Biała Góra jakoś powoli się przybliża. Na wypłaszczeniu wypatruję naturalne siedzisko i ulegam, zasiadając frontalnie przed urzekającymi widokami. Zapewne siedziałbym tak jeszcze długo, ale zew szlaku nakazuje się poderwać i kontynuować marsz, co też czynię. Na szczęście te krajobrazy będą mi długo towarzyszyć.
 |
| Siedziałem i nie mogłem się napatrzyć... |
 |
| Mont Blanc w pełnej krasie. |
 |
| Do pięknego pola śnieżno–lodowego zabrakło mi zoomu. |
Kamienistą ścieżką leśną schodzę do Trelechamp, gdzie planujemy koniec dzisiejszego etapu i biwak. Jednak na miejscu okazuje się, że opłata wynosi 40€ (!), gdyż gospodarze z uwagi na ograniczoną liczbę miejsc pod namioty, chcą zarobić na obiedzie i śniadaniu wliczonymi w tę cenę. Uprzejmie dziękujemy i kierujemy się do nieco dalszego Argentiere, co zabiera nam półtorej godziny...
Argentiere to duże pole namiotowe z pełnym zapleczem, jednak dla mnie ma istotną wadę. Otóż cały teren leży na pochyłym zboczu i nieliczne wypłaszczenia są już dawno zajęte. Na miejscu wskazanym przez chłopaka z obsługi nie mam zamiaru rozstawiać namiotu, bo śliskie elementy mojego wyposażenia mogłyby spowodować, że w nocy prześlizgnę się na wylot przez sypialnię i tropik! Zapłaciłem już 13.2€, więc nie pójdę szukać alternatywy i z niesmakiem lokalizacji pochłaniam ze smakiem owsiankę ;-)
Po chwili idę do recepcji i miłą dziewczynę odpytuję, czy mogę na noc rozłożyć się przy zamkniętym okienku pod daszkiem. Dostaję pozwolenie pod warunkiem zwinięcia się przed otwarciem, na co przystaję. Dzięki temu krótka, acz dość intensywna ulewa, która chwilę później przeszła, nie doświadczyła mojego dopiero co wysuszonego namiotu :-) Zanim zapada noc, obstawiam się kartonami, moszczę legowisko i smacznie zasypiam na całkowicie płaskim podłożu :-)
 |
| Takie miejscówki to ja lubię. |
Dzień piąty, 29.06.2026.
Odcinek: Argentiere, Francja - Lac Cheserys, Francja.
Dystans: 8 km.
Przewyższenie: 1015 m. ↑
Suma zejść: 21 m. ↓
Pole namiotowe: Lac Cheserys - 0€. Wymagana darmowa rejestracja on-line.
UWAGA: Brak wody pitnej na odcinku górskim. Weź zapas lub filtruj.
Rano zrywam się zgodnie z umową i zanim recepcja zostaje odkluczona, ja przywracam moją sypialnię na powrót do roli poczekalni przed rejestracją. Standardowo wciągam śniadanie, doładowując telefon i jestem gotów do kontynuowania przygody. Trzeba tylko z pobliskiego przystanku wrócić autobusem w okolice Trelechamp do Montroc, skąd kilka minut doprowadza do szlaku, a ten od razu kieruje ostro pod górę. No, ale przypominam sobie, jakim to szlakiem wędruję... Tym razem wystartowałem wraz z Małgorzatą :-)
 |
| Klucz do recepcji jak do naszego kościółka św. Leonarda. |
 |
| A teraz zacznie się prawdziwe drabinowanie! |
A skoro pod górę, to trzeba włączyć wzmacniacz, gaz do oporu i dzida w górę ;-) Trza być twardym jak Roman Bratny a nie mientkim i wskakujemy na wariant górski. Tutaj po chwili złudzeń witają nas drabiny, poręcze, chwiejne stopnie i przepaściste obrywy. Nic to, trza przeć ku gwiazdom, zanim wypali się zapas żelu napędowego. Kozice i koziorożce umykają na boki, a świstaki okopują się na z góry upatrzonych pozycjach :-) Drabin i stopni nie policzyłem, ale -naście było bliżej -dzieścia, czego część można zobaczyć na poniższych zdjęciach prowadzących powyżej ;-)
Kiedy już dotarliśmy do Tete aux Vents czyli Fabryki Wiatrów ;-), poświęcamy chwilę na kontemplowanie obłędnych widoków. Urzeczeni spektakularną panoramą, postanawiamy zabiwakować przy jeziorze Cheserys. W tym celu odpalam stronę z rezerwacją on-line, gdzie po wypełnieniu ankiety dostaję pozwolenie na biwakowanie na obszarze z reglamentacją miejsc. Tydzień później limit miejsc jest wyczerpany na najbliższe i zapawne dalsze dni. Sezon!
 |
| Trzeba się pokrzepić przed wyzwaniem. |
 |
| Skończyły się żarty, zaczęły się ...drabiny! |
 |
| Fot. Małgorzata P. |
Przenosimy się więc do wspomnianego jeziora, mijając dwa mniejsze i znajdujemy miejsce, które bije na głowe wszystkie wcześniejsze i późniejsze na tym szlaku, a przy tym całkowicie darmowe po obowiązkowej rejestracji.
Wybieramy lokalizację pomiędzy przepiękną taflą jeziora a pełnym łoskotu i szumu wodospadem, by ograniczyć sąsiedztwo generujące nadmiar wilgoci, co na tej wysokości - 2240 m. nie do końca jest możliwe. Tym bardziej że niebo straszy lekkim deszczykiem, który po chwili ustaje.
Gotujemy wodę z wodospadu będącego naszym wodociągiem, więc jest i kuskus z pomidorami i czosnkiem niedźwiedzim i duża herbata i przegotowana woda na jutro, bo w pobliżu brak źródeł wody pitnej, na co się zabezpieczamy.
 |
| Górska Naturalna Osłona Przeciwwietrzna :-) |
W pobliżu przechadzają się koziorożce, z których jeden prezentuje olewającą postawę, siusiając obok naszych lokalizacji. No tak - wszak to jego teren, co niniejszym potwierdził...
Namiot postawiłem na niewielkim wypłaszczeniu, jakich tu niewiele. Lekko osłonięty od nawietrznej, ale z fantastycznymi widokami mimo gęstniejącemu zachmurzeniu, dodającym jednakowoż klimatu tej jakże surowej lokalizacji. Zaś trykające koziołki niczym z poznańskiej wieży, zasygnalizowały godzinę zachęcającą do nocnego spoczynku. Znowu pokropiło, więc nie czekając na wątpliwe otwarcie nieba na nocne gwiazdy, wsunąłem się w puchowy kokon i pogrążyłem w spokojny sen.
 |
| Olewacz... |
 |
| I to się nazywa rewelacyjna miejscówka! |
 |
| Się jednak nie tryknęły. |
Dzień szósty, 30.06.2026.
Odcinek: Lac Cheserys, Francja - Les Houches, Francja.
Dystans: 22 km.
Przewyższenie: 883 m. ↑
Suma zejść: 2112 (!) m. ↓
Pole namiotowe: Bellevue - 12€ / osobonamiot.
UWAGA: Woda pitna dopiero przy schronisku Altitude 2000.
Dzień wstał rześki i słoneczny, jakże radosny w tak przepięknych okolicznościach przyrody. Małgorzata wcześnie wyruszyła na szlak, ja zaś zastanawiałem się, jak długo tu mogę jeszcze pozostać, ciesząc się przepięknym otoczeniem. Mógłbym stwierdzić, że chciałbym tu mieć swój dom. Nie! Moje ciało w tej harmonii byłoby zbędne, natomiast chętnie pozostałaby tu moja górska dusza z oczami czy to fizycznymi, czy oczami wyobraźni...
Tak więc zdecydowanie nie spieszyłem się. Zdjąłem tropik do suszenia i powoli, niemal z namaszczeniem, wykonywałem czynności obozowe. Pakowanie, lekkie śniadanie i to nostalgiczne ociąganie się przed wyruszeniem w dalszą drogę. Kto bywa w górach z nakazu serca, ten zrozumie...
Jeszcze ze dwie drabiny i kilka drewnianych stopni i stanąłem przed prywatnym schroniskiem zlokalizowanym nad Białym Jeziorem - Lac Blanc. Samo schronisko jakoś nie wywarło na mnie pozytywnego wrażenia. Mimo zlokalizowania w sercu przepięknego górskiego krajobrazu, serwowało sporo zastrzeżeń dla przechodniów, separując ich od komercyjnej klienteli. Cóż, w końcu to prywatne przedsięwzięcie... Nie napotkałem też żadnego ujęcia wody pitnej, której rzeczywiście w formie naturalnej w tych okolicach brak.
 |
| Stairways to Heaven ;-) |
 |
| Lac Blanc – Białe Jezioro. |
Do kolejnego schroniska La Flegere, ścieżka prowadziła całkiem wygodnie, oczywiście jak na warunki alpejskie. Także i tutaj brak było dostępu do naturalnej wody pitnej, pomijając drogą wodę butelkowaną. Może trochę się przyzwyczaiłem do powszechnych ujęć wody pitnej, co na tym akurat paśmie nie było takie oczywiste. Kto więc miał filtr wody, ten wygrywał.
La Flegere miał być też dla nas końcem wczorajszego etapu, ale jezioro Cheserys było miejscówką nie do pobicia, a i obawialiśmy się braku legalnego biwakowania przy La Flegere. Później się okazało, że nie było problemów z rozstawieniem namiotów przy niżej zlokalizowanym zbiorniku wody. Czy to było w pełni legalne, tego już nie ustaliłem.
Po dociągnięciu do zmienionej mety wczorajszego odcinka, niejako rozpoczęliśmy wcześniej planowany dzisiejszy. A ten etap obfitował w górskie wyzwania. Po początkowym łagodnym przejściu gołoborzem z przepaścistymi perciami, doszliśmy niemal trawersem do kolejnego schroniska Altitude 2000 powyżej Plan Praz, przy którym w ścianie znajdował się ogólnodostępny kran z zimną górską wodą pitną. Teraz można było docenić możliwość napicia się do syta i uzupełnienia zapasów wody. Do tego kilka chwil na odsapnięcie i po odnalezieniu pośredniego celu wysoko między chmurami - dzida!
 |
| Jest woda! |
Od przedpołudniowego (!) startu miałem złudzenie, że dzisiejszy etap poprowadzi nas falującym trawersem długiego masywu i łagodnie sprowadzi na dno doliny do przytulnego kempingu. Już widzę w wyobraźni wasz uśmiech pobłażania... ;-)
Zakosy pod górę to bardzo czytelny przekaz o konieczności zaliczenia konkretnego podejścia pod strome zbocze do podniebnej przełęczy. I tak było w istocie, gdy wreszcie dotarłem do Col du Brevent.
Przełęcz ta jednak nie była jednocześnie punktem, z którego nasz szlak schodził ku dolinie, krzyżując się z innym opadającym na północny zachód. Trasa TMB zaś prowadziła przez trzy pola śnieżne, już mocno wytopione, do płytkiego, szerokiego, nieregularnego kotła, separującego od widoków cywilizacji towarzyszących do przełęczy.
 |
| Kilka kolejnych pól śnieżnych – da się bez raczków. |
Napotkany piękny koziorożec przez chwilę nawiązał kontakt wzrokowy z innym wędrowcem, co zapowiadało wejście w domenę górskich akrobatów.
Wąska ścieżyna prowadziła ku zagadkowemu podejściu, z którego zadzwoniły metaliczne odgłosy. Drabina! Tak dawno jej na trasie nie było... Tym razem szybko udało się osiągnąć kolejną pośrednią przełęcz, na której spotkałem parę sympatycznych rodaków. Było to już przy kopule szczytowej Le Brevent, lecz z uwagi na nieciekawe prognozy pogodowe, nie zdobywaliśmy pobliskiego szczytu, do którego zresztą szlak nie prowadził.
 |
| Koziorożcu! Co człowieku? |
 |
| A tam znowu drabiny. |
Rozpoczęliśmy już właściwe długie zejście, starannie wybierając miejsca na postawienie stopy, by szybsze tempo nie przyniosło bliskiego kontaktu z podłożem. Pogoda miała się niebawem załamać według prognoz, jednak według obserwacji nieba, nie było jeszcze powodów do niepokoju.
 |
| Prognozy straszyły i zejście nabrało tempa. |
Po chwili schodzenia pojawiło się górskie pole namiotowe. Nie wiedziałem, czy dzikie czy legalne, ale niebawem przed naszymi oczami wyrosła niepozorna drewniana budowla, którą okazało się być schronisko de Bellachat. Zapewne udzielało ono zgody na rozstawienie namiotów nieco wyżej, ale nie pytałem o szczegóły, bo prognozy zachęcały do dalszego schodzenia.
Tempo narzuciliśmy takie, że rzadko sięgałem po smyrfona w celu uwiecznienia dookólnych widoków. Przy jednym z górskich strumieni moi dzielni kompani postanowili nieco odpocząć, więc ze świadomością że się niebawem spotkamy, kontynuowałem zejście.
 |
| Małe, ciasne, lecz ich własne :-) |
 |
| To na razie przyjaciele, się spotkamy razy wiele :-) |
W moich opisach trącą monotonią frazy "podchodziliśmy", "schodziliśmy". Taka jest jednak charakterystyka szlaku i taką chcę przekazać. Płaskie odcinki to zaledwie niewielki procent profilu trasy, a dzisiejszy przedłużony etap wybitnie pokazywał, że nawet chcąc przejść balkonem alpejskim, trzeba najpierw nie raz zaliczyć podejście i niemal natychmiast zafundować sobie marsz ku dolinie. A ten ostatni napełniał obawami o kolana, z którymi miałem już nieraz problemy. Tym razem nic niepokojącego w tej materii się nie zapowiadało. Minąłem okazałą figurę Chrystusa górującą nad Les Houches i ostatni raz spoglądając z wysokiej perspektywy, osiągnąłem miejscowość będącą symbolicznym miejscem startu i mety na Tour du Mont Blanc. Trochę się zdziwiłem przy wejściu do Carrefoura, zobaczywszy "moich" Polaków. Zapewne znali dobry skrót, skoro szli za mną nie minąwszy mojej rozpędzonej osoby. Co więcej, w drodze na kemping Bellevue, zrobili mi pamiątkowe zdjęcie przy bramie, choć - jak wiecie - startowałem z włoskiego Courmayeur.


 |
| Zaiste wyjątkowo pusta brama. |
 |
| Ani tu nie zaczynałem, ani nie kończyłem, ale tradycji musialo stać się zadość. Fot. Kamil. |
Kemping Blellevue oddalony o kilometr od centrum miejscowości, to minimalizm bytowy z dobrym zapleczem sanitarnym. Płaskie pole namiotowe z dwoma płaskimi tarasami obok parkingu to plus, choć rzadka trawa dawno nie koszona. Cienia brak, a dni podówczas mieliśmy wyjątkowo słoneczne i upalne. Co było sporym mankamentem, to brak jakichkolwiek stołów i ławek do przyrządzania posiłków. Jedynie przegroda między namiotami a samochodami była wykończona poziomą deską, dającą namiastkę stołu. Tradycyjne ławko-stoły tak popularne i powszechne na kempingach, tu były nieobecne.
W cenie 12€ dostaliśmy za to pełne zaplecze sanitarne z toaletami, prysznicami z ciepłą wodą, miejscami do prania ręcznego i zmywania naczyń. Z wyjątkiem toalet węzeł był zamykany na noc, ale takie rozwiązanie jest jak najbardziej do przyjęcia. Przy budce recepcji jest stacja ładowania, dostępny też w pobliżu kran z wodą pitną. Gdyby pojawiła się wiata piknikowa, nie miałbym powodów do narzekań. No, może poza brakiem WiFi "bo góry" (?!?)
 |
| Nasz dość lubiany kemping Bellevue w Les Houches. |
 |
| Tak wygląda namiastka stolika... |
Dzień siódmy, 01.07.2026.
Odcinek: Les Houches, Francja - Les Contamines Montjoie, Francja.
Dystans: 20 km.
Przewyższenie: 977 m. ↑
Suma zejść: 776 m. ↓
Pole namiotowe: Camping du Pontet - 13€ / osobonamiot.
UWAGA: Ja podjechałem kolejką na górną stację. Dane dla trasy pieszej.
Jak do wieczora kemping się napełniał, tak od rana pustoszał. Mogę to obserwować, bo zwykle jestem jednym z ostatnich opuszczających takie lokalizacje. Tym razem mimo braku niepokojących objawów od strony kolan po wczorajszym forsownym i długim zejściu, na wszelki wypadek postanowiłem wyjechać kolejką na górną stację, co zresztą po kilku dniach "odrobiłem" na piechotę. Na to konto wyasygnowałem kwotę 18€, za co mój aparat ruchu był wdzięczny.
 |
| W kolejce do kolejki. |


Z górnej stacji do Col de Voza to rzut beretem. Jest woda w kranie i stacja tramwaju górskiego. Ale dla mnie to schodzenie w kierunku Contamines Montjoie. Znowu schodzenie...
 |
| Woda pitna na stacji Col de Voza. |
Szlak w części prowadził drogą dojazdową do górnej stacji - dostępną jako "służbowa", zaś po części krętymi leśnymi ścieżkami. Mijane skromne osady jak choćby Bionnasay z sąsiednim strumieniem wypływającym spod lodowca o tej samej nazwie, prezentowały miły dla oka styl alpejski w takimże krajobrazie. A jeśli osada, to i woda pitna.
Gdy w środku dnia zaczyna się robić ciemnawo, to znak, że należy poszukać choćby niewielkiego dachu nad głową. Istotnie, gdy tylko opuściłem kolejną połać lasu i doszedłem do ostatniego osiedla przed główną drogą, dmuchnęło wiatrem i zaczęło padać. Lekki deszczyk przybrał na sile, więc spod okapu przy garażu przeskoczyłem dwa domy dalej na zadaszony taras i na migi zapytałem przez okno, czy mogę tu przeczekać. Skinienie głową ocaliło mnie od przemoczenia. Dziękuję!
Po kwadransie ulewa przeistoczyła się w lekki kapuśniaczek, a ja w Zielonego Kapturka po naciągnięciu poncho na siebie i plecak. Nawigacja podpowiedziała, że szlak przecina drogę i równolegle biegnie do Contamines, lecz skoro spotyka się on z drogą, to może nie będę mieszać świeżego błota. A więc droga, dwójką i krajem ;-) Na wysokości cmentarza deszczyk definitywnie ustał, wyszło słońce, a ja się rozponczyłem ;-)
 |
| Polało jedyny raz w trakcie wędrówki. |
 |
| Z bagażem pod cmentarzem. |
Contamines to z mojej perspektywy Carrefour (ponownie z "moimi" Polakami) i po-niezbyt-bliski kemping Le Pontet. Jakieś dwa kilometry z hakiem od miejscowości. A alternatywnie do kempingu pole namiotowe o niższym standardzie, którego nie sprawdzałem.
 |
| W lewo, czy w prawo? Oto jest pytanie... |
Kemping w podobnej cenie co poprzedni był już lepiej wyposażony. Nie brakowało cienia, były ławko-stoły przy namiotach i część piknikowa z knajpką przy recepcji. Węzeł sanitarny wzbogacony o pralki, a na zewnątrz dostępna pozioma lodówka czy zamrażarka. WiFi jest, ładowanie elektroniki z gniazdek w kilku miejscach. W nocy jednak zrobiło się zimno i musiałem obok śpiwora, sięgnąć po docieplającego go quilta, co zapewniło mi sen w pełnym komforcie termicznym.
Dzień ósmy, 02.07.2026.
Odcinek: Les Contamines Montjoie, Francja - Les Chapieux, Francja.
Dystans: 17 km.
Przewyższenie: 1300 m. ↑
Suma zejść: 912 m. ↓
Pole namiotowe: Les Chapieux - donativo / sugerowane 5€ / osobonamiot.
UWAGA: Długi końcowy odcinek i biwak bez zasięgu GSM.
Noc chłodna i wilgotna wymagała porannego suszenia namiotu i kokonów. Gdy wyruszałem na szlak, ostatnie pojedyncze namioty powoli pakowały się do przepastnych plecaków.
Płaskie przejście na rozgrzewkę doprowadziło mnie do pięknego niewielkiego kościoła Notre Dame de la Gorge. Chwila milczenia wewnątrz murów, woda na kolejny odcinek i dalej!
 |
| Po chłodnej nocy. |
Gdybym nie napisał, że szlak ciągnął się pod górę, pewnie sami byście się tego domyślili - i słusznie. Schroniska przy szlaku zapraszały, ja zaś wzmocniłem się ostatnim żelem energetycznym i dzielnie napierałem ku chmurom.
Powyżej schronisk rozciągał się jedynie piękny suroway krajobraz alpejski. Jeszcze trochę (sporo) mozołu na podejściu i osiągam pierwszą przełęcz - Col du Bonhomme.
 |
| Cóż byłyby to za góry, gdyby nie te doliny... |
 |
| Pod górę się męczę, ale są przełęcze! |
Przełęcz - jak to przełęcz - wietrzna i widokowa. Zakładam wiatrówkę i przez chwilę jadę wzrokiem po widnokręgu, zatrzymując się na bliższych i dalszych szczytach, której z tejże perspektywy mam dostatek. Jest chłodno, ale nie zimno, więc nie ma to jak rozgrzać się w ruchu. Wrzucam plecak na grzbiet i podążam za jedynymi słusznymi znakami :-)
Dość spokojny trawers prowadzi ku niedalekiemu górskiemu strumieniowi, opadającemu szumiącymi kaskadami, ostrzegającymi przed swym zaborczym nurtem. Nie ma jednej wydeptanej ścieżki, bo głazy są odporne na wydeptywanie, toteż każdy idzie jak mu pasuje.
Po przekroczeniu spienionych wód, jeszcze kilka ostatnich zakosów i melduję się na kolejnej przełęczy Col de la Croix du Bonhomme - 2408 m. Z góry widzę położone nieco niżej schronisko, obok którego będę schodził do doliny na kemping.
Przy schronisku noszącym nazwę przełęczy jest poidełko z wodą pitną, doprowadzoną z ujęcia zaopatrującego też budynek. Do schroniska nie wchodzę, poprzestając na kilku zdjęciach okolicy, która jest tu niezwykle malownicza, za co nie od wczoraj zdążyłem polubić Alpy i ich krajobrazy.
 |
| Alpejski wodociąg. |
 |
| I odtąd kończy się zasięg telefoniczny. |
Kwieciste łąki, wapienne obrywy rozległych zielonych hal i liczne górskie strumienie mijane po drodze zatrzymują wzrok nawet w czasie marszy. Trzeba jednak mieć baczenie bo licho nie śpi, a potknięcie się na stromej ścieżce może odebrać radość wędrowania. Przystają więc - wcale nie dla odpoczynku, ale by chłonąć majestat tych monumentalnych rozległych gór. Tyle tu dróg, szlaków i ścieżek, że można chodzić nie oszczędzając tras na później, bo przez lata by ich nie zabrakło.
Les Chapieux już wyraźnie widać na samym dnie doliny. Punkciki namiotów pokazują cel dzisiejszego etapu, lecz zakosy każą liczyć czas dotarcia jeszcze w długich minutach.
Wreszcie wchodzę pomiędzy pierwsze zabudowania i spotykam Małgorzatę. Rozstawiam namiot obok jej schronienia, tuż obok ściany budynku. Nie ma zasięgu sieci komórkowych, brak też WiFi, pryszniców, ciepłej wody i gniazdek z prądem. Cena: donativo (co łaska), sugerowane 5€. Są jedynie toalety i kran z zimną pitną wodą. Minimalizm w pełnym wydaniu. Nie są to dojmujące braki jak na jedną noc, aczkolwiek szczątkowy kontakt z cywilizacją by nie zaszkodził aby powiadomić zainteresowanych, że dzisiejszy dzień szczęśliwie znajduje swój finał. Nic to, jesteśmy wśród gór i z takimi ewentualnościami się liczyliśmy.
 |
| Robię parapetówę :-) |
Dzień dziewiąty, 03.07.2026.
Odcinek: Les Chapieux, Francja - Courmayeur, Italia.
Dystans: 29 km.
Przewyższenie: 2512 m. ↑
Suma zejść: 1190 m. ↓
Pole namiotowe: Ławka na pętli autobusowej - 0€ / osoboławka :-)
Obudził mnie szelest zwijanego namiotu. To Małgorzata wykonywała ostatnie czynności przedstartowe, a ja dopiero zastanawiałem się, czy jeszcze nie dospać z pół godzinki. Wstałem jednak, by doprecyzować plan na dzień dzisiejszy i wyszło, że spotykamy się przy schronisku Elisabeta, już po stronie włoskiej. Małgorzata po chwili zniknęła na horyzoncie, a ja niespiesznie celebrowałem piękny poranek przy zwijaniu majdanu i konsumowaniu wczoraj zakupionej bagietki, której połowa taktycznie stanowiła zapas na drugie śniadanie.
 |
| Późne wychodzenie - cały stolik dla mnie :-) |
Część towarzystwa ruszyła na szlak ...busami! Za jedyne 5€ można było skrócić marsz pod górę o max 6 kilometrów, dojeżdżając do parkingu przy schronisku des Mottets. Ja zaś honorowo z buta dobrnąłem tam w przedpołudniowym skwarze i przysiadłem napoić się z zewnętrznego kranu i dopchnąć batonem energetycznym, jako że czekało mnie nieliche podejście. Przy schronisku - o czym mówią znaki - nie ma możliwości rozbicia namiotu. Nie pytałem jakby to wyglądało w sytuacji awaryjnej.
Po zaaplikowaniu wzmaczniacza marszu, trzeba było sprawdzić skalę tego doładowania. Skrzydeł jakoś nie dostałem, choć mijane świstaki jakoś dziwnie na mnie patrzyły. Popatrzyły, wskazały kierunek, to i wróciłem na szlak.
 |
| Les Marmottes, czyli po naszemu - Świstaki. |
Co miałem Wam napisać o widokach to już napisałem, teraz mogę się co najwyżej powtarzać, choć nie wiem, czy nie wyczerpałem wszystkich form określania piękna alpejskiego krajobrazu.
Jeśli komuś dają w kość nieustające podejścia i zejścia, to niewątpliwie niesamowita malowniczość okolicy potrafi zrekompensować ten wysiłek. Choć i wysiłek można docenić, czując dumę ze zdobycia każdego kolejnego wyniesionego punktu terenowego.
 |
| Spojrzenie wstecz. I znowu góry i doliny. |
Niewątpliwą satysfakcję poczułem i ja, gdy mimo pewnego wydatku energii, osiągnąłem przełęcz Col de la Seigne. Jej 2512 metrów pozwalało tutaj legalnie biwakować, a nieco powyżej zlokalizowane ruiny (?) dawały świetną osłonę od wiatru, panującego tu niepodzielnie, aczkolwiek w stopniu dość umiarkowanym.
Sięgnąłem więc po telefon, by powiadomić Małgorzate o swych zamiarach, lecz zasięgu nadal brak...
Smutek zapanował w moim sercu, bo lokalizacja wybitnie przypadła mi do gustu i już szarpała me serce niemym "zostań tu ze mną na noc"...
Kiedy przyszło trzech młodych plecakowców i zapytali, czy będę tu dzisiaj biwakować, wobec braku komunikacji z moją towarzyszką wędrówki, nie mogłem swego zamiaru potwierdzić.
Popatrzyłem tu, przeszedłem tam, poprosiłem młodego Niemca o fotę na tle zasnutego chmurami Mont Blanc i z ociąganiem ruszyłem ku włoskiej dolinie.
 |
| Taka miejscówka i nie mogłem zostać... |
 |
| Zachmurzony Monte Bianco za moimi plecami. |
Polazłem jakoś za bardzo na lewo, słabo widoczną ścieżką. Sąsiednim grzbietem minąłem niewidoczne ode mnie schronisko Casermetta z ekspozycją dotyczącą budowy gór. Odnalazłem główną ścieżkę szlaku i spokojnie kroczyłem ku dolinie, wypatrując Elisabetty.
Wreszcie na skalnym cyplu zakwitły regularne kształty górskiego schroniska. Wdrapałem się na grzędę i zajrzałem do tej forpoczty cywilizacji.
Po odpytaniu o możliwość rozbicia namiotów w pobliżu, usłyszałem, że nie ma absolutnie takiej możliwości. Nie powiem, by słowa te pocieszyły mnie po zejściu z przełęczy, ale też nieszczególnie zmartwiły. Wraz z czekającą tu na mnie Małgorzatą postanowiliśmy dalej poszukać miejsca pod namiot...
We Włoszech są rygorystyczne przepisy dotyczące biwakowania. Tym samym na dziki biwak odpadają miejsca eksponowane, na widoku, przy szlaku. Sąsiednie, nieco niżej położone schronisko Combal, również straszyło przekreśloną ikonką namiotu.
 |
| Ta kompozycja mnie urzekła. |
Odbiliśmy od głównej trasy TMB na ścieżkę wariantową, ale znikąd ratunku, znikąd pomocy. A że to była górna sekcja doliny Val Veny, to jeszcze pozostawała opcja dojścia do zlokalizowanych tam pól namiotowych.
 |
| A my tym razem na wariant w lewo. |
Po przebyciu dość długiej stromej, dzikiej i surowej drogi, wreszcie trafiliśmy na widok gęsto upchanych namiotów i camperów. Z nadzieją na spoczynek w bądź co bądź gwarnym towarzystwie, zaszliśmy do kempingu Aiguille Noire. Brak wolnych miejsc. A i cena ponad 20€ nie zachęcały do drążenia tematu. Sąsiedni Hobo - ta sama śpiewka i cena. Weekend, bal przebierańców i towarzystwo bawi się w najlepsze. Po sąsiedzku z drugiej strony potoku kemping La Sorgente już od mostku na strumieniu wita nas hasłem "brak miejsc". Sacrebleu - zaklął książe szpetnie - czyż nie znajdzie się miejsce dla dwojga strudzonych wędrowców...?
 |
| "Nie było miejsca doa Ciebie..." |
Blisko doliny mały kościółek Notre Dame de la Guerison. Zamknięty na głucho. I tak do samego Courmayeur - nic! Doszliśmy do miasta na oparach paliwa w nogach, robiąc tym samym dwa ostatnie etapy jednego dnia. Nie tylko dystans, ale podejścia i zejścia były dobijające. Zrzuciliśmy plecaki na ławkę i wyszło na to, że przekimamy do rana na siedząco! No, przynajmniej nie za dwadzieścia eurasów... Usadziliśmy się przy pętli autobusowej, że jakby Carabinieri się przykulali, to czekamy na poranny autobus... Spanie było do kitu, ale jakoś przewegetowaliśmy.
* * *
Dzień pierwszy po TMB, 04.07.2026.
Plan naszej wędrówki przewidywał jedenaście dni na szlaku, dzień zapasu na niepogodę, a dodatkowo pierwszy dzień też nas pogonił od razu przez słoneczną Italię do Szwajcarii i na dodatek wylecieliśmy dzień wcześniej z uwagi na lepsze połączenia do miejsca startu. I teraz zrobiło nam się pięć dni zapasu!
Porzucamy wykupione bilety, czy zostajemy w Alpach? Zgodnie wybraliśmy tę drugą opcję.
Gdy więc na przystanek podjechał autobus z napisem Chamonix na wyświetlaczu, spojrzeliśmy po sobie i po chwili staliśmy się jego pasażerami. Mieliśmy dojechać tam pierwszego dnia, dojechaliśmy pierwszego dnia po!
 |
| Przejazd tunelem pod Mont Blanc. |
Samo Chamonix zostawiliśmy na później. W upale, z plecakami i niewyspani - zdecydowanie lepiej pojechać do Les Houches na "nasz" słoneczny kemping i zadomowić się do dnia odlotu, mając go za bazę do jednodniówek wte i wewte.
Przybyliśmy, w kościele podziękowaliśmy za opiekę na szlaku, w Carrefour zakupiliśmy coś na uczczenie naszych dokonań i postawiliśmy żagle na oceanie zdobywców przestrzeni. Do Martini nie było lodu, woda też ciut za ciepła, ale ciasto było wyborne a jedno i drugie w polskich cenach, to po kilku kęsach i łykach nasze morale wzrosło na wysokość niewiele niższą od Białej Góry :-)
Nakarmieni, napojeni, wykąpani, zakończyliśmy dzień tym szczęśliwszy, że nie trzeba było zapinać kilometra pod górę i na dół :-)
 |
| Chamonix Sud (południowy). |
 |
| W kościele w Les Houches. |
 |
| Mała celebracja ukończenia szlaku. |
Drugi dzień luzu :-) 05.07.2026.
Niedziela, więc wypadało pójść do kościoła. W Les Houches okazało się, że msze są tu odprawiane średnio raz w miesiącu i to na dodatek w sobotę wieczorem. Kościół filialny, jeden ksiądz na całą dolinę... Pojechaliśmy darmowym pociągiem Mont Blanc Express do Chamonix do kościoła świętego Michała, na jedyną niedzielną mszę o 10:30. Ludzi było pełno, a kilka pań i panów dodatkowo zbudowało piękną oprawę wokalną.
 |
| W Mont Blanc Express. |
 |
| Na Mszy św. w Kościele św. Michała. |
Po mszy obowiązkowe tournee po francuskim odpowiedniku Zakopanego, ino baco - ceny niższe niż w stolicy Tater... A w zasadzie ceny normalne. Przynajmniej jeśli chodzi o kawę i croissanta, bo lody już mogły nawet kosztować tyle tu co i tam. Obeszliśmy miasto, wypatrzyliśmy kilka ciekawostek, wykonaliśmy przegląd sklepów z naszym rodzajem wyposażenia i alpejskim pendolino pognaliśmy do naszego Les Houches ;-)
 |
| Centrum Chamonix. |
 |
| Kawa i croissant - francuska klasyka. |
Trzeci dzień i nieco wycisku, 06.07.2026.
Pamiętacie jak idąc szlakiem, zamiast podejścia z Les Houches na Col de Voza wsiadłem do kolejki gondolowej? No, to dzisiaj postanowiłem odkupić ten grzech, wychodząc na górę z buta i dodając jeszcze trochę.
Przy drodze z kempingu znajduje się kilka sklepiko-knajpek. Jedną z nich jest cukiernia z kawiarnią.
W miarę niedrogo, więc przy braku czasowej napinki jest chwila na kawę z rogalikiem. Dobra kawa, pyszny rogalik i dzień od razu robi się bardziej słoneczny. No, może trochę przesadziłem, bo wszystkie dni w poczekalni mieliśmy słoneczne i gorące - jak ta właśnie kawa :-)
Idę sę tak kole parkingu kolejki, który jest szeroko znany jako darmowy, nawet na czas całego przejścia TMB. Szkopuł w tym, że zawsze jest doładowany, a jeśli ktoś źle zaparkuje, laweta załatwia sprawę. Znalezienie miejsca polega na przejeżdżaniu od wjazdu do wyjazdu w oczekiwaniu, aż właśnie ktoś zwolni miejsce. A to może potrwać...
 |
| I znowu poranna klasyka :-) |
Jako zadeklarowany Poszukiwacz Nieprzebytych Szlaków, idę w stronę centrum. Przed mostem trafiam na szlakowskazy i jest jeden wskazujący Bellevue. No to wybieram jedyny słuszny kierunek i już pokonuję pierwsze metry do celu.
Po drodze trafiam na uroczą starą drewnianą i zadbaną chatę. Nie ma na niej informacji o sprzedaży, ale mi to nie wadzi, bo i tak bym jej nie kupił, kiedy brakuje mi kasy na porządny telefon. Ale chata ma styl a zapewne i duszę.
Mijam ostoje cywilizacji i psy pasterskie, z których dwa nie są całkowicie odgrodzone od drogi i prezentują chęć dobrania się do moich spodni. Przeszedłem w całości, ufff. Ale wracać tędy nie będę. Niebawem trafiam na nadziemną trakcję kolejki. Czyli po pierwsze - idę, a po drugie - w dobrym kierunku :-) Jeszcze kilka szlakowskazów z coraz wyższymi liczbami i dochodzę do górnej stacji kolejki. Tym samym pokuta za wjazd odprawiona dzięki mocnemu postanowieniu poprawy. W ramach zadośćuczynienia - bo wysokości nie dość - postanawiam zrobić pętlę na Mont Lachat. Będzie problem, gdyż jedna strona pętli jest zamknięta. Ale skoro druga czynna...




Napieram energicznie. Luzik, lekki plecaczek i poranna kawa z rogalikiem robią swoje. Z przystankami na foty wreszcie docieram na wysokość 2115 metrów. Z tego miejsca wyżej właściwie się już nie da podejść, gdyż dalsza trasa w kierunku Mont Blanc zarezerwowana jest dla alpinistów ze stosownym wyposażeniem. Jeszcze tramwajem dałoby się dojechać ostatni przystanek, ale to właśnie Mont Lachat oferuje jedną z najpiękniejszych panoram w tej okolicy.
Idę na przystanek, bynajmniej nie łapać stopa. Tu bowiem zawija trasa pętli którą wybrałem, łudząc się, że może w tę stronę szlak nie będzie zamknięty. Jednak po minięciu niedawnej lawiny błotnej dochodzę do miejsca, gdzie biało-czerwona taśma wraz ze stosowną tablicą informują o zamkniętym odcinku. Cóż, jest alternatywna ścieżka w dół i ją wybieram.




Schodząc dość stromymi ścieżkami, zatapiam się w las, gdzie napotykam kamienny domek. Trochę za wysoko by go zaadaptować ni kilkudniową poczekalnię, tym bardziej że zaśmiecony koncertowo w środku. Nie sprawdzam nawet poddasza i dalej pokonuję strome ścieżyny, czasem prowadzące nad obustronną stromizną. Do drugiego domku nawet nie zachodzę i przed skalnym obrywem trafiam na wąską ścieżkę przy skalnej ścianie. Wtedy wydawała mi się trudnym i niebezpiecznym odcinkiem, ale gdy przybyłem tam po dwóch dniach pokazać ją Małgorzacie, ta przeszła ten odcinek jakby nigdy nic, a i w moich oczach te kilkadziesiąt metrów w poprzek skały wyraźnie złagodniało.
Kolejną atrakcją był most wiszący i Ścieżka Trolli. Omszone kamienie i mniejsze głazy ustawione obok wąskiej ścieżki, przywodziły na myśl drożyny prowadzące w tajemnicze ostępy leśne. Po chwili wyszedłem z lasu wprost na niewielki placyk parkingowy, skąd asfaltowa ulica sprowadziła mnie do centrum Les Houches.
 |
| Ścieżka Trolli. |
Czwarty dzień na luziku, 07.07.2026.
Mając Kartę Gościa wydawaną na żądanie na kempingu, można za darmo cały dzień jeździć pociągiem Mont Blanc Express po całej dolinie, nie przekraczając ustalonego zakresu przystanków. Pakujemy się więc do wagonu i robimy przegląd trasy do Vallorcine na końcu doliny i wracamy do Chamonix. Dobre lody nie są złe, w sam raz na panujące upały. Na pętli autobusowej sprawdzamy rozkład do Courmayeur i wracamy na kemping. Chcieliśmy jeszcze dojechać wna drugi kraniec zasięgu darmowego biletu do Servoz, ale ten kurs kończył się akurat na naszej stacji. Na polu namiotowym trochę wietrznie, więc kuskus z pomidorami przyrządzam na parapecie przy zmywaku. Wyjadam zapasy, których nie ma potrzeby targać z powrotem do kraju.
 |
| Obiadokolacja – kuskus z pomidorami i czosnkiem niedźwiedzim. |
I jeszcze jeden dzień w Alpach, 08.07.2026.
Pytam Małgorzatę, czy nie chciałaby zobaczyć mojej strasznej wąskiej galeryjki na szlaku, którym schodziłem dwa dni temu. Po chwili jesteśmy już na trasie, ma się rozumieć po kawie z rogalikiem :-)
Zapinamy pod górkę pełni energii i gdy mijając Ścieżkę Trolli dochodzimy do przepaścistej perci, Małgorzata - o czym już wspomniałem - przechodzi ją niemal niezauważywszy. A i dla mnie ścieżyna wyraźnie złagodniała i już nie jest taka straszna.
Wracam na dół, pokręciwszy się jeszcze po okolicy. Patrzę na zapasy, a tam kuskus z 2021 roku. Pięcioletni pakiet wygląda przekonywająco, więc po chwili trafia do konsumpcji. Smakuje prawidłowo i do kolejnego dnia nie daje znać o swojej dacie. Jestem pod wrażeniem.
 |
| Poznajecie? Ścieżka Trolli! |
 |
| A tu wąska galeryjka, już nie taka straszna. |
 |
| Miał swoje lata... |
 |
| ...ale był smaczny i bez efektów trawiennych. |
Dzień powrotu, 09.07.2026.
Plan alpejski wykonany z naddatkiem, okolica rozpoznana szczegółowo, serce zostawione w kolejnym skrawku globusa :-) Czyli - trzeba tu powrócić, ale najpierw trzeba wrócić do domu.
Zrywamy się bardzo wcześnie - przynajmiej jak dla mnie. Najpierw musimy przedrałować półtora kilosa do pociągu, bo jeśli się spóźnimy na pierwszy transport, to za nim posypie się całe domino.
Na bramie TMB w centrum strzelam klasyczne selfie, jeszcze nie do końca obudzony.
Patrzymy jak słońce wstaje nad wiyrsyckiem, a tu hop! I niemal nagle wyskoczyło!
Następnie ostatni raz expressem do Chamonix, przejście na przystanek południowy i autobus do Courmayeur. Tu niby mamy luz do wczesnego popołudnia, ale podjeżdża pojazd z napisem Aosta na tablicy kursowej. Pakujemy się niemal bez zastanowienia, bo lepiej poświęcić czas na nieznane miasto.
Aosta otoczona górami ma wiele pozostałości po czasach świetności Imperium Rzymskiego. Na obszernym placy fundujemy sobie lody - gałkowe, bynajmniej nie włoskie. Dziewczyna z okienka odpowiada: "dziękuję". Ma mamę Polkę i dużo rozumie w naszym języku, ale nie ma już płynności mowy. Miła dziewczyna i miły akcent.
Przechodzimy jeszcze przez pozostałości imperialnych budowli, ale żar się leje z nieba, więc wracamy do poczekalni, gdzie cichym szumem klimatyzacja pozwala złapać oddech i ochłonąć.
 |
| Ta. Było naprawdę gorąco. |
Kiedy przychodzi czas przejazdu na lotnisko, wypatrujemy autobusu, aż wreszcie okazuje się, że nie ma niemal chętnych na ten kurs i podstawiono busa. Oprócz małgorzaty i mnie, towarzyszy jeszcze jedna pasażerka.
Kierowca chyba kiedyś trenował do Furmuły 1, bo pokazuje na co stać jego i żwawy pojazd. Dziękuję mu gorącym "mille grazie" i już jesteśmy w Terminal 1 Milan Malpensa.
Lotnisko jak to lotnisko. Trzeba być odpowiednio wcześniej, więc jesteśmy. Dla wygubienia nadmiaru czasu robimy kółko po molochu i finalnie zasiadamy w cichym zakątku na miękkich fotelach.
Mnie nogi noszą, więc krążę jeszcze kilkukrotnie.
Znalazłem spore pudło, w sam raz dla naszych plecaków. Układamy je w nim i zamykamy, oklejając resztkami taśmy i wiążąc zdobycznym sznurkiem. Kiedy zanosimy je do odprawy licząc, że nie przekroczyło 20 kg, na wadze pojawia się wynik: 14.5 kg! Dwa plecaki z wyposażeniem i spore pudło!
Bagaż podręczny podejrzanie lekki i nikomu nie przychodzi sprawdzać go w mierniku, ale nie tylko nam. Co kto ma z sobą w dłuuugiej kolejce do bramki - z tym przechodzi. Przechodzimy i my pod sam koniec, z autobusu przechodzimy na pokład samolotu i po niedługim locie lądujemy na Balicach. Trzeba było dłuższą chwilę poczekać na nasze pudło, które nadzwyczaj dobrze przetrwało podniebną podróż, a szczególnie operacje za- i rozładunkowe.
Teraz tylko do samochodu i przez Lipnicę Małgorzata z mężem wracają do swego domu.
Tym samym wielowątkowa akcja alpejska zostaje szczęśliwie doprowadzona do założonego finału!
Sponsorowi już dziękowałem, dziękuję raz jeszcze - thank you Alec!
Dziękuję Małgorzacie za dzielne towarzyszenie w zmaganiach z ambitnym zadaniem, któremu codziennie dzielnie stawiała czoła od wczesnego ranka, czego o sobie nie mogę powiedzieć.
* * *
Podsumowanie.
Suche dane statystyczne każdy zainteresowany zna, ale dla tych, którzy tylko śledzą moje wyprawy, podaję.
Tour du Mont Blanc to szlak wybitnie górski, prowadzący wokół masywu Mont Blanc przez trzy kraje – Francję, Włochy i Szwajcarię. Ma około 170 km, a warianty górskie nieco zmieniają dystans, jak i sumę podejść, która wynosi średnio 10 000 metrów, czyli suma wszystkich podejść, gdyby je zsumować, daje wysokość 10 kilometrów. Oczywiście w kilka(naście) dni i na raty.
Według danych zebranych z zegarka Małgorzaty, w ciągu 9 dni przeszliśmy 174 kilometry, w tym większość głównym przebiegiem szlaku i dwoma wariantami.
Podejść w sumie zaliczyliśmy 8724 metry, zajść 9456 metrów. Do tego doszły jeszcze wędrówki w czasie oczekiwania na samolot, ale tego już nie wliczam do samej trasy szlaku.
Planowaliśmy szlak rozpocząć tradycyjnie w Les Houches, jednak po analizie prognoz pogodowych i pomniejszych czynników, zaproponowałem wyruszenie z Courmayeur, co okazało się dobrym pomysłem. Czy lepszym od pierwotnie zakładanego, tego nie jestem w stanie stwierdzić, choć z perspektywy ukończenia trasy, chyba wolałbym zacząć w Les Houches, gdyż Francja jakoś bardziej przypadła mi do gustu, także z jej cenami i biwakami. Ktoś jadący samochodem z Polski mógłby rozpocząć wędrówkę ze Szwajcarii, która jest nam najbliższa. Oczywiście pod warunkiem znalezienia akceptowalnego parkingu.
Polaków spotykaliśmy wszędzie na szlaku i na kempingach. Nasza reprezentacja narodowa była liczna i w większości szybko nawiązywaliśmy wzajemne, sympatyczne kontakty. Z uwagi na to, że nie prowadziłem na szlaku bieżących notatek, nie mogę przywołać imion, bo było ich rzeczywiście sporo i tylko niektóre pamiętam.
Finanse
Dzięki wsparciu Alka - syna mojego zmarłego przyjaciela Piotra - ta wyprawa mogła dojść do skutku, koszt jej bowiem przekraczał znacznie moje półdarmowe górskie włóczęgostwo.
Koszty noclegów stanowiły znaczny udział w całości, choć transportu również nie bardzo dało się odchudzić. Mogłem zaoszczędzić na zakupach jedzenia, ale kawy i croissanta oraz lodów nie mogłem sobie odmówić, a pieczywo do śniadań wypadało mieć świeże, podobnie jak cośtamjeszcze i fantastyczne jogurty z Carrefoura. Miałem pakiety swoich zapasów, które pozwoliły zaoszczędzić sporo pieniędzy w porównaniu z zaopatrywaniem się wyłącznie na bieżąco.
Spory koszt stanowiły biwaki na płatnych polach namiotowych. Jednak zbawiennym okazał się dostęp do pryszniców, co w wyjątkowo upalnym czasie było nie do przecenienia. Temperatury w ciągu dnia niemal codziennie oscylowały wokół 30°C.
Wyposażenie
Sprawdzone i lekkie wyposażenie to oprócz kondycji czynnik decydujący o powodzeniu przedsięwzięcia.
Moja lista sprzętowa zawsze jest komponowana ściśle do charakteru wędrówki i zawsze z naciskiem na lekkość. Dzięki temu, że waga bazowa jest niska, mogę zabrać spory pakiet jedzenia i picia.
Poza plecakiem z promocji, wcale nie kupionym specjalnie na ten szlak, cała reszta przeszła ze mną wiele szlaków, doskonale sprawdzając się w boju. Byłem zatem spokojny o swoje wyposażenie.
Na wykazie posortowałem je według wagi, co wyraźnie podkreśla lekkość składników.
Cyfry 0 i 1 pokazują nieużywane i raz użyte pozycje. Nie wliczam w to apteczki i zestawu naprawczego, bo te muszą być na wszelki wypadek. Więc odchudzenie wyposażenia poprzez rezygnację z nieużywanych lub raz użytych elementów dałoby niewielką oszczędność wagi, a okoliczności mogłyby w innych warunkach wymagać ich użycia. Tym samym listę załadowczą uznaję za niemal optymalną.
Niemal, bowiem wyłomem okazała się tu kwestia śpiwora, który miał dojechać do mnie z firmy współpracującej. Miał to być model przejściowy, optymalizowany na lekko ujemne temperatury. Poinformowałem o mojej wyprawie, otrzymałem wiadomość, że właśnie jest w produkcji i przez następne tygodnie - cisza. Zapakowałem więc dwie najlżejsze pozycje z mojej szafy i wyruszyłem. Szczęśliwie, wyjątkowo ciepłe i słoneczne lato pozwoliło przez większość biwaków używać jednego śpiwora, a dwie noce wymagały sięgnięcia po docieplającego quilta.
Pakiet żywnościowy zabrany z domu ważył około 2,5 kilograma, zakupy lokalne z drugim śniadaniem około 250 gramów i do tego litr do półtora litra wody noszonej od poidełka do kolejnego punktu nawadniania.
Tym samym wliczając gaz, plecak rzadko przekraczał wagę 10–11 kilogramów. Do tego dochodzi oczywiście ubranie i elementy noszone na/przy sobie.
Na szlaku spotykaliśmy bardzo dużo ludzi. To pokazuje, jak bardzo popularna jest to trasa. Sporo z nich było wyposażonych kompletnie, z namiotami i matami nierzadko troczonymi na zewnątrz. Niektóre plecaki o pojemności 60 litrów i większej też bywały dodatkowo obładowane, aż zastanawiałem się, co można tam jeszcze upchnąć i czy da się to nosić komfortowo. Niektórzy nie mieli zapiętych pasów biodrowych, które powinny przejąć większość obciążenia. Niektórzy niesymetrycznie dociągali uprząż i mieli poluzowane load lifters – taśmy na górze szelek, dociągające wór plecaka bliżej pleców.
Większość wyposażenia wyglądała na nowe, jakby specjalnie kupione na tę wyprawę.
Najwięcej było wędrujących na lekko, z małym plecaczkiem. To albo turyści jednodniowi, albo seryjni jednodniowcy sypiający w schroniskach, tudzież tacy, którzy mieli zorganizowane dowożenie sprzętu i przewożenie go do miejsc zakwaterowania między etapami.
Byli także biegacze górscy, gdyż w tych dniach odbywać się miał bieg na naszej trasie, więc trenujących było sporo.
To, co szczególnie zwróciło moją uwagę, to znaczna reprezentacja na szlaku osób 70+. Osoby obojga płci w wieku już dobrze emerytalnym żwawo poruszały się wzdłuż wymagających odcinków, imponując tempem i determinacją. Co istotne, po wyposażeniu mogłem sądzić, że pokonują cały szlak. A o seniorach spacerujących na łagodniejszych górskich odcinkach wspomnę dla zasady.
Tour du Mont Blanc to szlak dla każdego. Widziałem tam rodziców z dziećmi w wieku nawet około dziewięciu lat, pokonujących bez problemu kilka etapów, jeśli nie całość. Oczywiście młodzież, dorośli i wspomniani seniorzy. Wszystkich ich widywałem również na wymagających odcinkach, więc nie można powiedzieć, że pojawiali się tylko na łatwiejszych fragmentach.
Jeśli więc pogoda sprzyja, uważam, że TMB może przejść każdy — od dziewięciolatka po seniora 70+.
Widoki to niewątpliwie największy atut szlaku. Są spektakularne, imponujące, a przede wszystkim piękne. Czasem owiane mgłą tajemnicy bądź zazdrosnymi chmurami, czasem odkryte na tle głębokiego błękitu nieba. Niemal dotykalne, przemawiające do wrażliwości i estetyki widza. Są zróżnicowane — od głębokich, zielonych dolin po wzbijające się ku przestrzeniom nieba poszarpane granie i łagodne szczyty. Pokazują niedostępne lodowce i zaśnieżone zbocza, odkrywają przełęcze z prowadzonymi do nich ścieżkami. Alpejskie miasta, wioski, osady, zabudowane luźno porozrzucanymi chatami, mnogość pasących się krów, owiec i kóz, rozbrzmiewające dzwonki i szumiąca wiatrem cisza. Czasem poszum deszczu, łoskot gradu i grzmot burzy. Plusk górskiego rwącego strumienia i muzyka wielokaskadowego wodospadu, milczenie zmarszczonej toni jeziora odbijającego zniekształcone kłębiaste obłoki.
To wszystko i cała reszta doznań węchowych na kwietnych halach, smakowych na górskich posiłkach, gorąca w palącym słońcu i chłodu rozpędzonego wiatru na górskich przełęczach — tak, to wszystko nagradza trud wspinania się i schodzenia, które wyciskają pot i odbierają siły, ale każą generować uśmiech i zadowolenie, gdy patrzę, gdy kontempluję, gdy przeżywam swą górską przygodę.
Siedzę na kamieniu i nie chcę fotela. Patrzę na górskie krajobrazy i nie chcę telewizora. Słucham krowich dzwonków, śpiewu ptaków, szumu wiatru i nie chcę słuchawek w uszach. I nawet wracać do domu nie chcę.
Jestem w górach.